Szukaj na tym blogu

wtorek, 2 listopada 2010

„Diabeł musi być”

*
Rozmowa z Michałem Jelonkiem przed koncertem w warszawskiej Stodole, 23 października.

Muzolibra: Co było pierwszym bodźcem , który zadecydował o nagraniu solowego projektu?
Jelonek: To chyba dziwne głosy w głowie( śmiech). Po prostu grałem w wielu składach, zespołach i już od dłuższego czasu, od dobrych kilkudziesięciu lat ,prawie że, było wiele pomysłów niewykorzystanych, które się uzbierały, no i zaczęło mi tak tam z tyłu głowy kołatać, że można coś takiego zrobić samemu, żeby już tą tzw. demokrację zespołu nie nadwyrężać i zdecydować samemu od początku do końca co będzie i jak będzie grane. Chęci i plany może i były ale zawsze było coś ważniejszego. Płyty innych zespołów, gościnne czy współautorstwie. Zawsze ten projekt był odsuwany.
M: Solowa płyta nagrana jest w ciężkich rockowych klimatach. Czy na nowej płycie będzie coś zaskakującego, może klasyka?
J: Nie wiem, nie wiem. Jeżeli ma być coś zaskakującego to na pewno nic nie powiem.
M: Kiedy można spodziewać się następnego krążka? Fani są na pewno zniecierpliwieni.
J: Planuję zimą lub wczesną wiosną wejść do studia, dlatego, że tu jest kilka rzeczy, które muszą się zgrać by zacząć nagrywać. Muszą być wolne terminy, studio, odpowiedni ludzie, których chcę zaprosić do nagrania, więc to wszystko trzeba zsynchronizować i dlatego to wszystko przesuwa się w czasie.
M: Czy planuje Pan jakąś większą promocję za granicą, czy rodzima scena muzyczna w zupełności wystarczy?
J: Można planować, ale to wszystko wiąże się z pewnymi kosztami i obawiam się, że nie jestem w stanie tych planów zrealizować, bo życie zawsze to koryguje. Ale już na kilka festiwali mam zaproszenie poza granicami Polski. O tyle lepiej, że jest to muzyka instrumentalna, nie ma tej bariery językowej czy akcentowej i muzyka jest dość uniwersalnym językiem międzynarodowym. Mam nadzieję, że uda nam się pokazać w paru fajnych, ciekawych miejscach.
M: W wielu miejscach za granicą Pan już był.
J: Tak, z projektem jelonkowym i z różnymi składami, z ANKH’iem, z Hunterem i z innymi w wielu miejscach.
M: Koncerty z Hunterem, współpraca z orkiestrą, to dwie różne bajki. W której z nich lepiej Pan się odnajduje?
J: Z muzykami rockowymi czy z Hunterem, czy ze składem jelonkowym, jest trochę lżej, bo jest mniejsza dyscyplina. Jednak muzyka klasyczna wymaga większej koncentracji i dyscypliny, a to niestety nie pojawia się na scenie przy rockowej muzyce. Niestety, niestety, to też ma swój urok. Wykonywanie muzyki klasycznej daje satysfakcję. Czy w orkiestrze symfonicznej, czy w towarzystwie orkiestry solo, tylko że to jest większy stres i dochodzą większe wymogi.
M: Pański debiut spotkał się z bardzo dobrymi ocenami ze strony fanów jak i krytyków. Dostał Pan min. Złotego Bączka na Woodstocku. Czy myślał Pan, że spotka się z taką przychylnością po nagraniu krążka?
J: Miałem taką nadzieję, tak jak każdy muzyk. Tak jak wszyscy muzycy i twórcy mają nadzieję, że tworząc swoją muzykę, rzeźbę, obraz, chcą przynajmniej akceptacji odbiorcy. Dlatego to robimy, siedzi w nas niepokój, gdzieś w środku, który każe działać twórczo i uzewnętrznić to w różnej formie i każdy ma nadzieję, że ta akceptacja będzie dość szeroka. Nie ukrywam, że to było ogromną i miłą niespodzianką, że to był aż tak pozytywny odbiór.
M: Nagrywał Pan już z wieloma zespołami i artystami, takimi jak Mafia, Perfect, Closterkeller. Czy to była trudna współpraca, czy niosło to ze sobą miłe chwile?
J: Z każdym zespołem, z którym nagrywałem, czy z orkiestrą, zawsze jest to jakaś lekcja , czasami lekcja pokory i spore przeżycie. Często jest tak, że jestem wynajmowany jako muzyk sesyjny, czyli tak naprawdę nie spotykam się z gwiazdą czy główna postacią zespołu, tylko przychodzę do studia, nagrywam smyczki gdzie pokazują mi co i jak mam zagrać. Nawet nie ma tego kontaktu z artystą. Ale czasami jest bardzo fajnie, jest towarzysko i muzycznie. Jednak ostatnio jestem zapraszany jako gość na płytę, ale jednak wolę nagrywać smyczki, skrzypce do przeróżnej muzyki. Im bardziej jest to styl odległy dla mnie, tym bardziej mnie to kręci, bo jest to wyzwanie. I mimo, że często są na to narzucone jakieś formy stylistyczne, to i tak można pokazać siebie. To jest tak jak z muzyką klasyczną, że muzyk ma ograniczone pole manewru, żeby pokazać siebie, bo są konkretne nuty, konkretny opis dynamiki i trzeba naprawdę przemykać między nutami, żeby nagrać to idealnie dobrze, tak jak to pokazał kompozytor, a przy tym pokazać coś swojego. Czasami jest tak, że każda sekunda w studiu, każda minuta uczy słuchać s potem uczy grać.
M: Jest Pan dojrzałym i myślę, że spełnionym muzykiem...
J: Nie, nie jestem jeszcze spełniony i mam nadzieję, że długo jeszcze nie będę, bo w momencie kiedy człowiek czuje się spełnionym i mówi” tak to jest to co zawsze chciałem zrobić „ pojawia się pytanie, co dalej? Musi być kolejny stopień, bo wejdzie się na samą górę i stwierdzi się, że jestem z siebie zadowolony, może być niebezpieczne. W każdej dziedzinie, czy jest to muzyk, czy dziennikarz, czy ktoś jakiejkolwiek innej profesji, zadowolenie z samego siebie, czy tego co do tej pory się dokonało jest zgubne. No chyba, że ma się 80 lat, to wtedy jest ten moment, że można sobie podsumować i to usprawiedliwia.
M: Czy ma Pan jakieś złote zasady dla młodych muzyków, którzy muszą przebić się jeszcze przez ten gąszcz konkurencji?
J: Zależy co grają, bo np. jak gra się punka, to nie ma zasad, po prostu olewa się wszystkie autorytety, na tym polega cały urok i energia tego stylu. Gra się co się chce, im gorzej tym lepiej. Natomiast podejrzewam, że jak się gra jazz... chociaż fajnie jest tez mieć swojego idola. Idola to za mocno powiedziane, ale autorytet, który pokazuje niektóre rzeczy, nawet poza warsztatowe, jakieś wartości. Nie można stać w cieniu, nie można być w cieniu czyjejś doskonałości czy czyjś wzorów, bo potem nie będzie i czasu i siły by z niego wyjść. Bo jak się coś raz skopiuje, to potem ciężko jest się tego oduczyć. Trzeba szukać samego siebie. Ja zawsze mówię, że muzyk musi dużo słuchać a potem grać. Słuchać innych i siebie samego, na zasadzie swojego wewnętrznego głosu i intuicji. Tylko aby potrafić zagrać to co się wymyśli, to najpierw trzeba wypracować sobie warsztat, a to przy niektórych instrumentach jest bardzo wymagające, a przy niektórych mniej. Jednak i tak najważniejsze są charyzma i talent.
M: Skąd wziął się pomysł na teledysk do utworu BaRock i na samą nazwę. Jest to gra słów?
J: Sam utwór jest mieszaniną stylów, bo jest i harmonia barokowa, dialog między wiolonczelą a skrzypcami, to jest zaczerpnięte z tej epoki, a pod spodem gra sekcja rockowa. Tak się magicznie złożyło, że barok ma w swojej nazwie „rok”, to było trzeba to wykorzystać. Teledysk był konsekwencją, stroje barokowe a diabeł musi być.

* fot. Rafał Nowakowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz