
„Jeźdźcy burzy umarli”(?). Czyżby? Nic bardziej błędnego! Dopóki Jim żyje w naszych sercach i ciągle króluje w naszej pamięci, a muzyka Dorrs’ów wdzięcznie rozbrzmiewa z odtwarzaczy, fani zespołu przytrzymują ich przy życiu. Każdy wielbiciel tej niezwykłej kapeli to jeździec burzy, który reprezentuje wielkość i prestiż Morrisona i spółki. Dowodem na to, że ludzie kochają i nadal pragną „żyć” muzyką kapeli, jest stworzenie spektaklu „Jeździec burzy”.
Sztuka rozpoczyna się mrocznie i zagadkowo, nikt nie wie co zaraz się stanie. Nagle po schodach wchodzi mężczyzna w skórzanych obcisłych spodniach, z artystycznym nieładem na głowie i nagim torsem. Idzie powoli, zmysłowo i nonszalancko, odwrócony do publiczności tyłem obnaża idealnie wyrzeźbione plecy. Dookoła niego świeci rządek lampionów, które ciepłym płomieniem rozświetlają jego twarz. Zaczyna się spektakl o Jim’ie Morrison’ie, który był i jest symbolem sexu ,wielkim skandalistą i niezaprzeczalnym wielkim artystą.
Kiedy uważnie chłonęłam scenę po scenie, na myśl przychodziły mi hasła, może oklepane i wszystkim znane, ale jakże adekwatne do spektaklu. Pierwszym słowem kluczne są na pewno narkotyki. Groźne, inspirujące, śmiercionośne, przynoszące nowe doznania Były na każdym kroku, nie opuszczały Jim’a, zawsze pod ręką, zawsze kiedy tylko ich potrzebował. Z czasem stawały się bardziej ważne i wartościowe od przyjaciół, zespołu i ukochanej Pameli. Ta fascynacja drogo kosztowała artystę a w końcu zażądała od niego najwyższej stawki jaką posiada człowiek- życie.
Sex- dziwki, nieokiełznany i szalony, bez hamulców i zobowiązań. Zwykła rządza ciała, zaspokojenie cielesnych pragnień i ludzkich instynktów. Często w spektaklu budził szok i zaskoczenie, sprawiał, że nie można było obojętnie przejść obok „Jeźdźca burzy”. Jednak takie było życie Morrisona, szalone i na najwyższych obrotach.
Musical ten na początku mnie nie przekonał, rozczarował głos Pana Rychcika. Jednak po paru minutach doszłam do wniosku, że trzeba 100% skupienia aby móc docenić spektakl. Kiedy wczułam się w ten świat, w muzyczne szaleństwo i brud, który otaczał tych ludzi, zakochałam się w sztuce. Gra aktorska imponująca- Marcin Rychcik zagrał idealnie, jego ruchy sceniczne, gra ciałem, wyrazem twarzy( szczególnie przeszywający i obłąkany uśmieszek), wokal, może nie idealny ale pełen uczucia i pasji, wszystko to sprawiało, że chciałam wstać i oklaskiwać go po każdej scenie. Rychcik był nonszalancki, ironiczny, poetycki i tajemniczy. Czasem też mroczny i nawet przerażający. Wydawałoby się, że grał bez szczególnego wysiłku i zaangażowania. Jednak stworzenie dookoła siebie aury obojętności i obłędu, jest szalenie trudne. Równie dobrze zagrała Dominika Łakomska. Odgrywała główną kobiecą rolę, czyli ukochaną Morrisona Pamelę Courson. Pokazała w piękny sposób emocje, radość, smutek, obłęd, żal i gorycz. Zaimponowała mi tym, że potrafiła się oddać swojej roli, wczuła się idealnie w swoją postać.
Musical miał wspaniałą oprawę muzyczną. Teksty piosenek Doors’ów były przetłumaczone na język polski, ale mimo to właściwie komponowały się z melodią i nie psuło to przekazu żadnego utworu. Zabieg ten był bardzo pomysłowy, bo każdy mógł bez wysiłku zrozumieć i docenić przekaz, który płynął z piosenek. Świetna gra muzyków plus wokal Marcina Rychcika, sprawiały że na ciele miałam dreszcze i gęsią skórkę, a moim zdaniem każdy stojący włosek na karku i na rękach, to najlepsze odzwierciedlenie dobrej wielkiej muzyki.
Obejrzenie „Jeźdźca burzy” to obowiązek każdego fana zespołu i ludzi doceniających geniusz muzyki. Od razu ostrzegam, że spektakl nie jest dla ludzi, którzy chcą zobaczyć coś lekkiego i przyjemnego, bo sztuka jest ciężka i mroczna. Przepełniona brudem, który przytłacza i obdziera widza z pozytywnych emocji. Pokazanie życia Morrison’a z tej złej i pesymistycznej strony, gdzie nie ma miejsca na radość, a jak już to tylko na tę złudną i pozbawioną większych wartości. Przygotujcie się więc na kubeł zimnej i brudnej wody wylany prosto na wasze twarze. Gwarantuję, że długo będziecie wysychali z emocji, a nieczystości będą trudne do zmycia.
Artykul należy do studenckiej gazety "Feniks" "Gazeta Studencka Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie FENIKS"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz