Szukaj na tym blogu

środa, 29 grudnia 2010

Billy Talent: Billy Talent III- recenzja płyty



Wspaniała czwórka po raz kolejny pokazuje klasę i prestiż. Przed Wami Billy Talent!
To już trzecia płyta kanadyjskiej kapeli Billy Talent. Warto zaznaczyć, że trzecia pod nazwą Billy Talent, czwarta studyjna. Pierwszy krążek nagrali jako Pezz. Przyznam, że to najbardziej dojrzały album. Poprzednie krążki miały w sobie młodzieńczą zadziorność, dawały solidny zastrzyk energii, a kto chociaż trochę nie pokręcił głową w rytm ich muzyki, od razu uważany był za sztywniaka. Billy Talent III też ma w sobie energię, ale nie tę samą, nie jest ona już tak spontaniczna i chaotyczna. Została jakby ugłaskana. Panowie też sprawiają wrażenie poskromionych, całokształt wydaje się bardziej przemyślany.

Trudno jest mi ocenić, czy to dobrze. Z jednej strony tak, bo niestety chłopaki mają już swoje lata, nie są nastolatkami, którzy lansują się w podciągniętych skarpetkach do kolan, w brudnych i przetartych trampkach czy z deską pod stopami. Nagrali coś, co jest adekwatne do ich wieku, ich dojrzałości emocjonalnej i estetycznej. Oczywiście, nie stali się sztywniakami, którzy chodzą w garniturach oraz pantoflach. Nadal dają czadu na scenie, która kipi od pozytywnej energii. Jednak popatrzmy na to też z drugiej strony. Osobiście tęsknię za dawnymi, spontanicznymi utworami bandu. Możecie mi zarzucić, że jak to, przecież nadal łoją nieźle tyłki, jednak nie. Coś z nich uleciało. Coś, co nadawało im całej magii.

Nie ma co jednak narzekać, bo Billy Talent III to mimo wszystko kawał dobrej roboty, na najwyższym poziomie. Każdy fan doceni nowe dzieło bandu, a także ci, którzy o zespole nigdy nie słyszeli, mogą w płycie się rozkochać.

Chciałabym wyróżnić kilka piosenek, które szczególnie podbiły moje serce.

Rustet From The Rain - czuć tu pasję i pozytywne wibracje. Wielki plus za wspaniałe gitarowe riffy oraz solówki, sprawne przejścia. Piosenka jest na najwyższym poziomie i pokazuje, że panowie mają doświadczenie. Wiedzą co i jak grać, aby całość wyszła rewelacyjnie. Chcę też pochwalić wokal Benjamina Kowalewicza, który idealnie dopasowuje się do instrumentów. Brzmi fenomenalnie. I oczywiście piękny klip.

Diamond On A Landmine - piękna i poetycka piosenka o miłości, samotności czy potrzebie bliskości drugiego człowieka. O tym, jak ciężko jest utrzymać przy sobie ukochaną osobę i jak bardzo trzeba się starać o jej miłość. Mój ulubiony utwór z całego krążka, który pieści zmysły.

Turn Your Back - utwór nagrany z zespołem Anti-Flag. Tekst piosenki mówi o problemach na świecie, o sytuacji w polityce i sprzeciwia się panującym zasadom przyjętych przez ludzi. Piosenka premierę miała wcześniej niż krążek, ale i tak została na nim umieszczona.

Saint Veronica
- bardzo ją lubię za to, że czuć tu starą, dobrą energię Billy Talent i za świetnie nakręcony teledysk, który - nie da się ukryć - jest bardzo dziwaczny. Jak to się mówi po angielsku, creepy.

Nie skazuje w ten sposób reszty kawałków na odrzucenie, absolutnie. One też są rewelacyjne, jednak ta wspaniała czwórka tworzy trzon krążka. Nie wyobrażam go sobie bez tych piosenek. Rewelacyjne jest to, że chłopaki w tak piękny, rewelacyjny i płynny sposób grają na instrumentach. Natomiast oryginalny wokal Bena działa hipnotyzująco, wręcz jak narkotyk.

Na koniec chcę Was przekonać do dwóch rzeczy. Jeśli nie przesłuchaliście tej płyty, to zróbcie to obowiązkowo! Opłaca się. Druga kwestia dotyczy koncertu. Jeśli ktoś z Was nie był na żadnym ich występie, to kiedy tylko przyjadą do Polski - idźcie koniecznie. Billy Talent na żywo to bezcenne doświadczenie.

Tracklista:

1. Devil on My Shoulder
2. Rusted From The Rain
3. Saint Veronika
4. Tears Into Wine
5. White Sparrows
6. Pocketful of Dreams
7. The Dead Can′t Testify
8. Diamond on a Landmine
9. Turn Your Back
10. Sudden Movements
11. Definition of Destiny
12. Bloody Nails and Broken Hearts


Recenzja należy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,38,17153,Billy_Talent_Billy_Talent_III_recenzja_plyty,artykul.html



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Magiczność w teledyskach!





Lista najbardziej magicznych i bajkowych teledysków wedle mojego uznania...

Baśnie, bajki, magia, mistyczne i tajemnicze elementy - to wszystko powoli wkrada się do teledysków. Artyści coraz bardziej stawiają na piękne klipy, które są dopełnieniem ich wizji oraz klimatu piosenki. Nie są one już banalne. Czasem oddają wrażenie, że nawet kiedy wytniemy z nich muzykę, to będą pełnić rolę krótkich, poetyckich wręcz filmów.

Trzeba przyznać, że jest to zadawalające, gdyż nawet taki kilkuminutowy obraz może zainspirować, zachwycić, a nawet zahipnotyzować. Pierwsze muzyczne teledyski były skupione na artyście. Niskobudżetowe przedstawiały roztańczonych i rozśpiewanych piosenkarzy, którzy szaleli na tle studia albo jakiegoś krajobrazu. Tak samo rzecz miała się z kapelami, które wdzięcznie grały na instrumentach przed kamerą. Całe szczęście, z roku na rok, klipy to coraz bardziej ambitne i drogie przedsięwzięcia, od których nie sposób oderwać oczu. Nie mówię tu o teledyskach Lady Gagi czy innych "topowych" artystów, które są dobre, ale nie mają w sobie tego mistycyzmu.

Chciałabym Wam przedstawić poniżej kilka klipów, które nie tylko opiewają w tę magiczność, ale także zawierają od groma baśniowych scen. Z powodzeniem mogą wprowadzić nas w inną rzewczywistość.

1. Pierwszy teledysk należy do wiekowej wyjadaczki i królowej pop-u, Madonny. Jest stary, ale jako pierwszy zwrócił moją uwagę. To był ten przełom, kiedy widząc go w telewizji, byłam zachwycona i żałowałam, że już się skończył. Mroczny, gotycki, orientalny. Taki właśnie jest klip do "Frozen". Czarny woal, który zamienia się nagle w kruki, głębokie oraz przenikliwe spojrzenie Madonny, jej gotycka suknia, orient zarówno w muzyce, jak i dłoniach piosenkarki. To wszystko tworzy jeden z mroczniejszych klipów ostatnich lat.



2. Teraz coś znacznie nowszego. W 1999 roku powstał elektro-duet The Knife. Obecnie piękniejsza część tego szwedzkiego projektu, Karin Dreijer Andersson, postanowiła zając się solową karierą. Ukryła się pod pseudonimem Fever Ray Tak naprawdę zaczarowała mnie dopiero niedawno. Szczerze przyznaję, że od kilku dni pozwalam się porwać Pani Karin w podróż do jej niezwykłego świata, który jest dla mnie wciąż zagadką. Wrócę do teledysku Madonny, który jest wyżej opisany. Czuć, że niektóre elementy przechwyciła od niej. Malunki na ciele, rozwiane włosy, wielkie kołnierze i kaptury z materiału, eteryczność. Karin jest nietuzinkową artystką, która z wielką pasją dba o każdy szczegół, jej klipy są ucztą dla oka. Przede wszystkim są niesamowicie oryginalne. Fever Ray albo się kocha, albo nienawidzi. Ja pokochałam ją szczerze i marzę tylko o tym, aby przynajmniej raz zabrała mnie ze sobą do tej krainy swoich marzeń...


3. Karin zaśpiewała i wystąpiła gościnnie w klipie norweskiego duetu Röyksopp. Teledysk do piosenki "What Else Is There" to majstersztyk. Ktoś w komentarzach pod klipem napisał, że sporo w nim z Silent Hill. Inna osoba oburzyła się, nadmieniając, że najpierw powinno się dorosnąć, aby móc obejrzeć ten teledysk. Przyznaję, sporo tu horrorowych i niepokojących motywów.




4. Mum, Mum, Mum… Mum to islandzki zespół, który zajmuje się eksperymentalną muzyką z wpływami ambientu. Ich brzmienia same w sobie tworzą filmy i obrazy w naszej głowie. Niektóre ich klipy są rysunkowe, inne zaś przedstawiają tak dziwne czy abstrakcyjne rzeczy, że przecieramy oczy. Zastanawiamy się, czy rzeczywiście to przed chwilą widzieliśmy. Warto dodać, że senny wokal może wprawić nas w niecodzienny, bardzo reflekcyjny stan.




5. Sigur Ros, zresztą jak Mum, pochodzą z Islandii. Słychac to w ich muzyce, podobne instrumenty, klimatyczny wokal i zamiłowanie do pięknych teledysków. Jednak ich teledyski różnią się od klipów poprzedników. Jak kiedyś sama napisałam, "z nimi wracam do świata marzeń... oni są czarodziejami a ich muzyka to czysta magia". Teledyski formacji z Islandii to mini-arcydzieła, które poruszają i sprawiają niebywałą przyjemność w oglądaniu. W ich klipach wszystko jest powolne, nic nie dzieje się w nich zbyt szybko. Nostalgiczne oraz magiczne sceny łączą się z islandzkimi, zapierającymi dech w piersiach krajobrazami. Widać tu tęsknotę za innym, lepszym światem, który niewiele ma wspólnego z tym, który nas otacza. Sigur Ros przedstawia nam idylliczną wizję bez agresji, złych emocji. Niejednokrotnie przy oglądaniu ich klipów, łezka zakręciła mi się w oku. W gruncie rzeczy, wszyscy czujemy potrzebę zanurzenia się w tak pięknym świecie. Dodam również, że wokalista, Jonsi, posiada tak nieziemski głos, że w każdym pozostawić może skrajne emocje czy opinie.





6. Następni w moim subiektywnym rankingu są Panowie z Foals. Chce wyróżnić jedynie jeden klip „Spanish Sahara”. Ta piosenka to prawdziwy wulkan emocji. Oprawiona została w przepiękny teledysk i… cóż, szkoda więcej zdradzić. Sami to zobaczcie!






Pełno tu zagranicznych formacji, a gdzie miejsce dla polskich wykonawców? Z radością oznajmiam Wam, że ostatnio znalazłam dwa bajkowe klipy!

7.
Pierwszy należy do zespołu Twilite. Swoje początki mieli w Dublinie, gdzie spotkali się i wspólnie nagrywali. Teraz znowu powrócili na łono Polski. Całe szczęście, bo taki talent nie może iść na tzw. eksport. Członków w zespole jest dwóch, mają dwie gitary oraz mikrofony. Czynią cuda. Poniższy teledysk zaś to manifest o wolność, niezależność, czy też młodzieńczą beztroskość.




8. Numer osiem to, jak zaznaczyłam wcześniej, następna polska formacja. Kapela Stop Mi może pochwalić się iście bajecznym klipem. Widać, że naczytali się dużo Małego Księcia, gdyż chłopczyk, który jest główną postacią teledysku, wiele ma z nim wspólnego. Mi jest niziutki i chudziutki, interesuje się całym światem. Silnie wierzy w dobro człowieka.



Artyk nalezy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,43,17498,Magicznosc_w_teledyskach,artykul.html

sobota, 18 grudnia 2010

Sorry Boys - Hard Working Classes recenzja płyty




Ciężko pracujący polski talent. Recenzja albumu Sorry Boys "Hard Working Classes.

Mam w dłoni "Hard Working Classes". Jest w tekturowym opakowaniu, jak ostatnio prawie każda płyta. To dobry pomysł, bo wygląda to o niebo lepiej od tych klasycznych, plastikowych pudełek i jest przyjemne w dotyku. Na okładce widnieje piękne zdjęcie równie pięknej wokalistki Sorry Boys, Izy Komoszyńskiej. Wszystko w pastelowych ciepłych barwach, z nazwą zespołu i tytułem płyty, napisanymi drobną i ładnie prezentującą się czcionką. Po otwarciu spostrzegamy fotos jakiegoś muru/ płyty chodnikowej albo ściennej. W specjalnej zakładce pod, którą jest sprytnie schowane zdjęcie zespołu, znajduje się książeczka. Jest cudownie przyjemna w odbiorze. Pierwsza strona zawiera dwa teksty, a następna zdjęcie wokalistki i tak na zmianę. Teksty, zdjęcie członków zespołu. Fotosy zachwycają tak jak cała szata graficzna. Pierwsze wrażenie jest cudowne i jak na polską płytę, bardzo pozytywnie zaskakujące!

Jednak co dalej? Wkładam płytę do napędu i czekam ze zniecierpliwieniem na pierwsze brzmienia. Olśnienie! Pierwszym utworem jest piosenka tytułowa krążka. W moich uszach rozbrzmiewa nieziemski głos Izy i równie nieziemska gra instrumentów. Czuć prawdziwą harmonię i ład. Klimatyczna piosenka jednak nie na długo wprawia nas w rozmarzenie i senny stan. Tuż po niej jest kawałek "Salty River". Kipi od energii i wielkiej siły. "Salty River" jest potencjalnym kandydatem na wielki hit. Chwytliwe brzmienie gitary, wirtuozerskie zagrywki, lekkie orientalne wstawki i przyprawiający o ciarki głos, na długo pozostają w pamięci. Nie wspominając już o tekście, który moim zdaniem jest najpiękniejszym na całym krążku. Pomysłowy, poetycki, dobrze napisany i przemyślany.

Na trackliście roi się od hitów. Wspomniana już "Salty River", czy Chance, którą Sorry Boys wykonali w programie Kuby Wojewódzkiego, a także Cancer Sign Love i Caesar On Fire.

Co stoi za sukcesem płyty? Oryginalność zespołu, to po pierwsze. Nie potrafię zamknąć muzyki Sorry Boys w sztywnych ramach gatunkowych. Wiele osób pokusiłoby się o stwierdzenie, że jest to pop. Nie, ich twórczość jest zbyt ambitna na ten rodzaj. Może muzyka eksperymentalna? Sama nie wiem, jednak eksperymentują i to bardzo. Brzmienia są niespotykanie i niecodzienne. Wielką zaleta są muzycy: Tomasz Dąbrowski( gitara elektryczna i akustyczna), Piotr Blak( gitara elektryczna), oraz inni zaproszeni do projektu. Na płycie wykazują się ogromnym profesjonalizmem i doświadczeniem, widać, że gra sprawia im przyjemność i jest po prostu ich pasją. Słychać to bardzo bobrze, bo bez tych czynników nie grali by tak rewelacyjnie i płynnie. Wszystkie instrumenty współgrają ze sobą, tworząc imponującą całość. Jednak nie ma tu tylko klasycznych instrumentów jak gitara czy perkusja. To następny plus płyty. Do całości dochodzi keyboard, harmonijka ustna i saksofon. Co więcej, Sorry Boys zaczerpnęli trochę z orientu i dodali do swojej muzyki dilrubę, która popularna jest w północno- zachodnich Indiach, sitarę persko- indyjskiego pochodzenia, przypominająca skrzyżowanie gitary i mandoliny, oraz tanpurę. Jest to naprawdę nieziemskie połączenie! Kolejna zaleta to głos Izy Komoszyńskiej, przez wielu krytyków i fanów uważanym za jeden z lepszych na polskiej scenie muzycznej. Iza posiada ciepły i charakterystyczny wokal, który jak brzytwa przecina ludzkie ucho i wdrożą się bardzo głęboko. Potrafi być słodki ale też zadziorny i ostry. Zespół wiele dzięki tej Pani zawdzięcza, bo takich talentów jest bardzo mało w Polsce. Proszę mi tu też nie spekulować, że na płycie lepiej to brzmi a na koncertach może lecieć z playbacku. O nie! Gitarzysta zespołu, Tomasz Dąbrowski i Iza, razem zagrali mini koncert w metrze i na stacji metra centrum tzw. Patelni. I co? Rewelacja. Ten głos przeszywa na wskroś i jest czysty jak łza.

Bardzo cieszy mnie to, że są oni coraz bardziej zauważani. Niedawno grali koncert przed Anitą Lipnicką i Moniką Brodką i oczywiście wypadli rewelacyjnie! Debiutancka płyta w salonach empiku sprzedaje się jak świeże bułeczki i nie raz okrzyknięci byli nadzieją polskiej muzyki, a wytwórnia płytowa, z którą współpracują, Mystic Production, jest dumna z tego, że może promować tak świetny zespół. Wytwórnia z reszta jest „stajnia” mega talentów.

Krążek ma jednak wadę, mianowicie 10 utworów. Nie zauważyłam nawet kiedy płyta się skończyła! Tak uprzyjemniała mi czas, że z rozczarowaniem doszłam do wniosku, że już dalej nie posłucham. Z chęcią widziałabym na liście utworów przynajmniej dwa, trzy kawałki więcej. Ci, których moja recenzja przekonała, niech czym prędzej zapoznają się z twórczością Sorry Boys. Ci, którzy nie są do końca zachęceni, niech się nie wahają! Obiecuję, że magia krążka pochłonie Was bezpowrotnie.

Ocena: 9/10

Spis utworów:

1. Hard Working Classes
2. Salty River
3. Cancer Sign Love
4. Chance
5. Trains Go Everywhere
6. I Feel Life
7. Roe Deer At A Rodeo
8. Caesar On Fire
9. Give Me Back My Money
10. No Saviour


Recenzja należy do portalu StacjaKultura.pl

http://stacjakultura.pl/7,38,17232,Sorry_Boys_Hard_Working_Classes_recenzja_plyty,artykul.html


poniedziałek, 6 grudnia 2010

Hands Resist - Stawiając opór monotonii




Hands Resist to warszawski młody i dobrze zapowiadający się zespół, który swoją energią i charyzmą potrafi oczarować publikę. Mało w Polsce jest kapel, które w tak dobry sposób łączą ze sobą punk rocka z hardcorowym pazurem. Panowie swoją muzyką pokazują, że chcą zmienić polską scenę muzyczną i pozwolić wyjść takim zespołom jak oni z undergroundu. Jak sami piszą na swoich internetowych profilach " 12.11 - wchodzimy do studia i zmieniamy świat." Czy ich debiutancka płyta rzeczywiście będzie wydarzeniem, a muzyka na krążku powali nas na kolana? Na razie pozostaje nam wierzyć, że tak się stanie. Z chłopakami rozmawiałam 20 listopada w warszawskiej kawiarni. To nie był typowy wywiad, tylko przyjemna, luźna rozmowa o rzeczach mniej i bardziej ważnych, która potoczyła się pod znakiem uśmiechu i debiutanckiej płyty bandu. Miałam przyjemność mówić z Yogim, wokalistą HR oraz z Olkiem, gitarzystą. W połowie rozmowy dołączył do nas basista, Jajco.


Karolina Woźniak: Mówiliście już o współpracy z innymi kapelami, o chęci zaproszenia ich do swojego projektu. Opowiedzcie o tym więcej.

Yogi: Ta współpraca zaczęła się jeszcze przed właściwym nagraniem. Rozmawialiśmy z kilkoma zespołami. Na początku potrzebne były tak zwane prewki, czyli utwory słabszej jakości, aby nagrać je w studio. To jest tak, że kawałek, który nagrywamy wysyłamy zespołowi, z którym chcemy współpracować i oni we własnym zakresie dodają swoje wstawki i pomysły. My potem to akceptujemy albo dokonujemy zmian. Z jednym zespołem zagraliśmy już próbę i jesteśmy zadowoleni - będziemy z nimi nagrywać jeden kawałek.

KW: Może zdradzicie, który to zespół?
Yogi: Wolimy nie zdradzać z tego względu, że nie chcemy obarczać nikogo odpowiedzialnością. Ale mogę powiedzieć, że do jednego kawałka chcemy dodać instrumenty dęte. Mieliśmy już próbę i bardzo fajnie to wyszło. Mamy też jedną wstawkę reggae!

KW: Czyli można spodziewać się czegoś nowego?
Olek: Można powiedzieć, że to będzie taki mały bonusik.

Yogi: To będzie odskocznia od całej stylistyki albumu, chcemy zrobić jeden kawałek, który będzie odmienny.

KW: Wpisując nazwę waszej kapeli w wyszukiwarkę googli, oprócz waszego bandu, można znaleźć także przejmujący i straszny obraz Hands Resist Him. Czy nazwa zespołu ma coś wspólnego z tym dziełem?
Yogi: Ma (śmiech)! Na początku nazywaliśmy się Hands Resist Him, ale stwierdziliśmy, że to trochę za długa nazwa, więc zrezygnowaliśmy z "him". Poza tym, nasz poprzedni basista obstawał bardzo za tym, abyśmy nie nazywali się dokładnie jak ten obraz, bo stwierdził, że przywoła to złe emocje. W obawie o to, by nie moczył się w nocy, zmieniliśmy nazwę na dwuczłonową (śmiech).

KW: Czytając wasze relacje na Facebook'u czy na Myspace, można stwierdzić, że praca wre i wszystko idzie po właściwym torze.

Yogi: Przez ostatnie 5 dni był kryzys, ale został on zażegnany i wszystko idzie szybko i sprawnie. Mamy już sześć kawałków i zostało nam jeszcze pięć. Teraz skupiamy się na bębnach, słuchamy tego w studiu, staramy się naprowadzać na dobrą drogę bębniarza, jeżeli zbacza z niej, a czasami mu się zdarza. Miejscami po prostu za bardzo kombinuje.

KW: Takie kombinacje również mogą mieć dobry wpływ na brzmienie, może wyjdzie z tego coś nowego?
Yogi: To powinna być muzyka dosyć prosta z założenia, a on i tak dosyć mocno szaleje na perkusji. Więc jeśli do tych kombinacji dodać następne, to można trochę przesadzić. My tego nie chcemy, nie chcemy żadnego przesytu, bo nie będzie to brzmiało za dobrze.

Olek: Jak jeszcze dojdą gitary to będzie tego za dużo.

KW: Kto u was zajmuje się pisaniem tekstów?
Yogi: Ja.

KW: Czym się kierujesz podczas ich tworzenia, jakimi emocjami, wydarzeniami?
Yogi: Bardzo różnie, czasem potrafię zainspirować się nawet książką. Przeczytam dobrą książkę, spodoba mi się załóżmy jakiś rozdział, który opowiada ciekawą historię, inspiruję się nią i tworzę na jej podstawie własną. Potem zostaje napisanie tekstu.

KW: Czy jest tak, że czasem ktoś podrzuca Ci pomysł na napisanie tekstu?
Yogi: Wiesz co, pomysły są wszędzie, nawet kiedy idę ulicą i widzę rzecz, która mi się z czymś kojarzy, to powstaje związek przyczynowo skutkowy i dojdę do tematu, który mi się spodoba, o którym mogę napisać. To jest niekończący się worek inspiracji. Wszędzie można znaleźć jakiś pomysł.

KW: Jesteście młodym zespołem i zanim zaczniecie grać swoje poważne, duże koncerty trochę czasu minie. Na razie są to supporty. Przed kim chcielibyście najchętniej zagrać?
Olek: Rrise Against!! Ale w sumie fajnie byłoby też zagrać przed The Offspring.

Yogi: Rise Against! Na pewno oni. Oprócz nich Ignite. Gość który śpiewa w Ignite jest moim idolem. Kozak! Ma taką skalę głosu, że gdybym ja tak śpiewał, to już mógłbym spokojnie umrzeć (śmiech).

KW: Jakie macie marzenia, jako zespół, na najbliższą przyszłość?
Olek: Głównie wydać płytę, którą nagrywamy.

Yogi: Żeby Dariusz Szpakowski na Euro 2012 krzyczał nazwę naszego zespołu kiedy będziemy wygrywać (śmiech). A tak poważnie, to chcielibyśmy, żeby jak najwięcej osób przesłuchało nasz album i go oceniło.

KW: Na waszym Facebook'u jest umieszczona zabawna historia waszego zespołu. Najzabawniejsza wstawka jest ta o basiście, który całą zimę przechodził w klapkach. Czy naprawdę było tak srogo?
Yogi: To jest autentyk! Wszystkie historie są prawdziwe w bardziej lub mniej poważnym stopniu. Była zima, gościowi się coś przestawiło i myślał, że jest lato. Jest nie do zdarcia! Jak znam Jajca, to pewnie nie chciało mu się butów zakładać.

Olek: Jak nasz basista przyjdzie i go zobaczysz, to sama zrozumiesz, o co chodzi (śmiech).

KW: Czy planujecie jakąś większą promocję po nagraniu krążka, np. zrobić plakaty i stronę internetową, zaprojektować t- shirty i przypinki z logo waszego zespołu?
Yogi: Na pewno chcemy zrobić nowy layout na Myspace, żeby zgadzał się z okładką albumu i samą wkładką w środku. Na pewno chcemy porozsyłać gdzie się da nasze nagrania - do rozgłośni radiowych, magazynów i pism. Chcemy pokazać się tam, gdzie jest to możliwe. Zrobimy akcję, taką partyzantkę, w której będziemy rozdawać dużo ulotek, zostawiać je w klubach z informacją, że jest taki zespół, nagrał album z taką muzyką i zaprasza do odsłuchania. Ja mam w sumie dużo takich planów marketingowych, ale wszystko w swoim czasie. Mamy ograniczony zakres działań.

KW: Kiedy zakładaliście kapelę, to na jakich zespołach chcieliście się wzorować?
(w tym momencie do kawiarni wchodzi basista zespołu, Jajco)

Yogi: Nie wiem, czy wzorowaliśmy się na jakiś kapelach, ale ogólnie słuchamy różnej muzyki, nie zawsze się zgadzamy z tym, czego słuchamy. Ja np. słucham więcej muzyki elektronicznej niż rockowej. Nie robimy raczej kawałków zakładając sobie, że będą do czegoś lub kogoś podobne. Każdy z nas przychodzi z jakimś pomysłem, jeżeli reszcie się podoba, to gramy to, jeżeli nie, to kombinujemy dalej. Później, jak posłuchamy tego na sucho, jak już zobaczymy jak to wszystko brzmi, wtedy możemy doszukiwać się jakiś inspiracji.

Olek: Najpierw coś robimy a potem okazuje się, że jest to podobne do brzmień jakiejś kapeli.

Yogi: A to jest właśnie Jajco!

KW: Słuchaj, jak już jesteś, to powiedz coś o tej akcji z chodzeniem w klapakach podczas zimy.Jajco: Po postu chodziłem w zimę w klapkach . Nie chciało mi się zmieniać butów na inne.

Yogi: Mówiłem(śmiech)! Ja strzelałem, ale jak go znam to wiedziałem, że tak było.

KW: Mieliście więcej takich wesołych historii?
Yogi: Jasne, że tak. Np. Kiedy pod koniec listopada jechaliśmy na trzydniową trasę koncertową, Jajco zabrał kiść bananów i siatkę na zakupy zamiast pokrowca na gitarę i pojechał tak w trasę, żadnej kurtki nawet nie miał. No bo po co? (śmiech)

KW: Jakie macie plany na okładkę nowej płyty? Jak chcecie, żeby wyglądała?

Yogi: Mamy projekt mojego pomysłu, który spotkał się z ogólną aprobatą. Okładka ma być trochę metaforyczna. Ma mówić o tym, że zawsze jest jakaś nadzieja, ma przedstawiać gościa, który jest za kratami w wieży, wyciąga rękę do młodego drzewka, które dopiero co rośnie a na gałęzi tego drzewa wisi klucz. Taki jest ogólny projekt okładki. Chcielibyśmy aby ta część, w której jest wieża była mroczna a tam gdzie rośnie drzewko, żeby był ładny krajobraz z ćwierkającymi ptaszkami.

KW: Ile mniej więcej kawałków znajdzie się na waszej płycie?Olek: Na pewno będzie więcej niż mniej ale myślę, że 11. Będzie czego słuchać.

KW: W waszym zespole było trochę problemów ze składem. Czy doszło już do porozumienia i sytuacja została opanowana?
Yogi: Właśnie aktualnie jest problem, bo szukamy nowego gitarzysty. Taki stały skład grał 2 lata. W tym okresie wszystko było stabilne, nie było tak dużych zmian. Pożegnaliśmy się niedawno z naszym basistą Flisem, Jajco poszedł wtedy na bas, bo wcześniej grał na gitarze.

Olek: Poszedł tam bo pewnie nie chciało mu się ogarniać sześciu strun, tylko wolał cztery basowe(śmiech).

Yogi: Teraz z zespołu odszedł gitarzysta przed nagrywką, miał z nami robić płytę, ale ale stwierdził, że jednak nie chce. Więc szukamy nowego gitarzysty. Mamy nawet paru na oku, zobaczymy jak to będzie.

KW: Jesteście młodym zespołem, nie każdy was zna. Może zareklamujecie się jakoś, aby zaciekawić jeszcze więcej ludzi.
Olek: Ja lubię jeździć na desce.

Jajco: Olek przyciąga facetów na koncerty.

Olek: Tak, ja przyciągam facetów i stare Ukrainki.

Yogi: Mam jeszcze jedną fajną historię! Kiedy jechaliśmy do Krakowa, to w pociągu trochę nam odbijało i jak się okazało, że Jajco ma przy sobie maszynkę jednorazową, to postanowiliśmy przyciąć mu włosy na brzuchu i okazało się, że ma tam pnącza i można wygolić napis HR.

Olek: Co można zobaczyć na Myspace, na głównym zdjątku.

KW: To może ten motyw powinien być okładką waszej płyty?
Yogi: Myśleliśmy o tym, ale to nie pasuje do konceptu.

Olek: Poza tym my chcemy przyciągać ludzi a nie ich odpychać, a nie każda kobieta lubi taki brzuszek(śmiech).

KW: Dzięki za rozmowę.

http://www.rockmagazyn.pl/wywiad/116,hands-resist-stawiajac-opor-monotonii.htm
Wywiad należy do portalu RockMagazyn.pl