Szukaj na tym blogu

środa, 29 grudnia 2010

Billy Talent: Billy Talent III- recenzja płyty



Wspaniała czwórka po raz kolejny pokazuje klasę i prestiż. Przed Wami Billy Talent!
To już trzecia płyta kanadyjskiej kapeli Billy Talent. Warto zaznaczyć, że trzecia pod nazwą Billy Talent, czwarta studyjna. Pierwszy krążek nagrali jako Pezz. Przyznam, że to najbardziej dojrzały album. Poprzednie krążki miały w sobie młodzieńczą zadziorność, dawały solidny zastrzyk energii, a kto chociaż trochę nie pokręcił głową w rytm ich muzyki, od razu uważany był za sztywniaka. Billy Talent III też ma w sobie energię, ale nie tę samą, nie jest ona już tak spontaniczna i chaotyczna. Została jakby ugłaskana. Panowie też sprawiają wrażenie poskromionych, całokształt wydaje się bardziej przemyślany.

Trudno jest mi ocenić, czy to dobrze. Z jednej strony tak, bo niestety chłopaki mają już swoje lata, nie są nastolatkami, którzy lansują się w podciągniętych skarpetkach do kolan, w brudnych i przetartych trampkach czy z deską pod stopami. Nagrali coś, co jest adekwatne do ich wieku, ich dojrzałości emocjonalnej i estetycznej. Oczywiście, nie stali się sztywniakami, którzy chodzą w garniturach oraz pantoflach. Nadal dają czadu na scenie, która kipi od pozytywnej energii. Jednak popatrzmy na to też z drugiej strony. Osobiście tęsknię za dawnymi, spontanicznymi utworami bandu. Możecie mi zarzucić, że jak to, przecież nadal łoją nieźle tyłki, jednak nie. Coś z nich uleciało. Coś, co nadawało im całej magii.

Nie ma co jednak narzekać, bo Billy Talent III to mimo wszystko kawał dobrej roboty, na najwyższym poziomie. Każdy fan doceni nowe dzieło bandu, a także ci, którzy o zespole nigdy nie słyszeli, mogą w płycie się rozkochać.

Chciałabym wyróżnić kilka piosenek, które szczególnie podbiły moje serce.

Rustet From The Rain - czuć tu pasję i pozytywne wibracje. Wielki plus za wspaniałe gitarowe riffy oraz solówki, sprawne przejścia. Piosenka jest na najwyższym poziomie i pokazuje, że panowie mają doświadczenie. Wiedzą co i jak grać, aby całość wyszła rewelacyjnie. Chcę też pochwalić wokal Benjamina Kowalewicza, który idealnie dopasowuje się do instrumentów. Brzmi fenomenalnie. I oczywiście piękny klip.

Diamond On A Landmine - piękna i poetycka piosenka o miłości, samotności czy potrzebie bliskości drugiego człowieka. O tym, jak ciężko jest utrzymać przy sobie ukochaną osobę i jak bardzo trzeba się starać o jej miłość. Mój ulubiony utwór z całego krążka, który pieści zmysły.

Turn Your Back - utwór nagrany z zespołem Anti-Flag. Tekst piosenki mówi o problemach na świecie, o sytuacji w polityce i sprzeciwia się panującym zasadom przyjętych przez ludzi. Piosenka premierę miała wcześniej niż krążek, ale i tak została na nim umieszczona.

Saint Veronica
- bardzo ją lubię za to, że czuć tu starą, dobrą energię Billy Talent i za świetnie nakręcony teledysk, który - nie da się ukryć - jest bardzo dziwaczny. Jak to się mówi po angielsku, creepy.

Nie skazuje w ten sposób reszty kawałków na odrzucenie, absolutnie. One też są rewelacyjne, jednak ta wspaniała czwórka tworzy trzon krążka. Nie wyobrażam go sobie bez tych piosenek. Rewelacyjne jest to, że chłopaki w tak piękny, rewelacyjny i płynny sposób grają na instrumentach. Natomiast oryginalny wokal Bena działa hipnotyzująco, wręcz jak narkotyk.

Na koniec chcę Was przekonać do dwóch rzeczy. Jeśli nie przesłuchaliście tej płyty, to zróbcie to obowiązkowo! Opłaca się. Druga kwestia dotyczy koncertu. Jeśli ktoś z Was nie był na żadnym ich występie, to kiedy tylko przyjadą do Polski - idźcie koniecznie. Billy Talent na żywo to bezcenne doświadczenie.

Tracklista:

1. Devil on My Shoulder
2. Rusted From The Rain
3. Saint Veronika
4. Tears Into Wine
5. White Sparrows
6. Pocketful of Dreams
7. The Dead Can′t Testify
8. Diamond on a Landmine
9. Turn Your Back
10. Sudden Movements
11. Definition of Destiny
12. Bloody Nails and Broken Hearts


Recenzja należy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,38,17153,Billy_Talent_Billy_Talent_III_recenzja_plyty,artykul.html



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Magiczność w teledyskach!





Lista najbardziej magicznych i bajkowych teledysków wedle mojego uznania...

Baśnie, bajki, magia, mistyczne i tajemnicze elementy - to wszystko powoli wkrada się do teledysków. Artyści coraz bardziej stawiają na piękne klipy, które są dopełnieniem ich wizji oraz klimatu piosenki. Nie są one już banalne. Czasem oddają wrażenie, że nawet kiedy wytniemy z nich muzykę, to będą pełnić rolę krótkich, poetyckich wręcz filmów.

Trzeba przyznać, że jest to zadawalające, gdyż nawet taki kilkuminutowy obraz może zainspirować, zachwycić, a nawet zahipnotyzować. Pierwsze muzyczne teledyski były skupione na artyście. Niskobudżetowe przedstawiały roztańczonych i rozśpiewanych piosenkarzy, którzy szaleli na tle studia albo jakiegoś krajobrazu. Tak samo rzecz miała się z kapelami, które wdzięcznie grały na instrumentach przed kamerą. Całe szczęście, z roku na rok, klipy to coraz bardziej ambitne i drogie przedsięwzięcia, od których nie sposób oderwać oczu. Nie mówię tu o teledyskach Lady Gagi czy innych "topowych" artystów, które są dobre, ale nie mają w sobie tego mistycyzmu.

Chciałabym Wam przedstawić poniżej kilka klipów, które nie tylko opiewają w tę magiczność, ale także zawierają od groma baśniowych scen. Z powodzeniem mogą wprowadzić nas w inną rzewczywistość.

1. Pierwszy teledysk należy do wiekowej wyjadaczki i królowej pop-u, Madonny. Jest stary, ale jako pierwszy zwrócił moją uwagę. To był ten przełom, kiedy widząc go w telewizji, byłam zachwycona i żałowałam, że już się skończył. Mroczny, gotycki, orientalny. Taki właśnie jest klip do "Frozen". Czarny woal, który zamienia się nagle w kruki, głębokie oraz przenikliwe spojrzenie Madonny, jej gotycka suknia, orient zarówno w muzyce, jak i dłoniach piosenkarki. To wszystko tworzy jeden z mroczniejszych klipów ostatnich lat.



2. Teraz coś znacznie nowszego. W 1999 roku powstał elektro-duet The Knife. Obecnie piękniejsza część tego szwedzkiego projektu, Karin Dreijer Andersson, postanowiła zając się solową karierą. Ukryła się pod pseudonimem Fever Ray Tak naprawdę zaczarowała mnie dopiero niedawno. Szczerze przyznaję, że od kilku dni pozwalam się porwać Pani Karin w podróż do jej niezwykłego świata, który jest dla mnie wciąż zagadką. Wrócę do teledysku Madonny, który jest wyżej opisany. Czuć, że niektóre elementy przechwyciła od niej. Malunki na ciele, rozwiane włosy, wielkie kołnierze i kaptury z materiału, eteryczność. Karin jest nietuzinkową artystką, która z wielką pasją dba o każdy szczegół, jej klipy są ucztą dla oka. Przede wszystkim są niesamowicie oryginalne. Fever Ray albo się kocha, albo nienawidzi. Ja pokochałam ją szczerze i marzę tylko o tym, aby przynajmniej raz zabrała mnie ze sobą do tej krainy swoich marzeń...


3. Karin zaśpiewała i wystąpiła gościnnie w klipie norweskiego duetu Röyksopp. Teledysk do piosenki "What Else Is There" to majstersztyk. Ktoś w komentarzach pod klipem napisał, że sporo w nim z Silent Hill. Inna osoba oburzyła się, nadmieniając, że najpierw powinno się dorosnąć, aby móc obejrzeć ten teledysk. Przyznaję, sporo tu horrorowych i niepokojących motywów.




4. Mum, Mum, Mum… Mum to islandzki zespół, który zajmuje się eksperymentalną muzyką z wpływami ambientu. Ich brzmienia same w sobie tworzą filmy i obrazy w naszej głowie. Niektóre ich klipy są rysunkowe, inne zaś przedstawiają tak dziwne czy abstrakcyjne rzeczy, że przecieramy oczy. Zastanawiamy się, czy rzeczywiście to przed chwilą widzieliśmy. Warto dodać, że senny wokal może wprawić nas w niecodzienny, bardzo reflekcyjny stan.




5. Sigur Ros, zresztą jak Mum, pochodzą z Islandii. Słychac to w ich muzyce, podobne instrumenty, klimatyczny wokal i zamiłowanie do pięknych teledysków. Jednak ich teledyski różnią się od klipów poprzedników. Jak kiedyś sama napisałam, "z nimi wracam do świata marzeń... oni są czarodziejami a ich muzyka to czysta magia". Teledyski formacji z Islandii to mini-arcydzieła, które poruszają i sprawiają niebywałą przyjemność w oglądaniu. W ich klipach wszystko jest powolne, nic nie dzieje się w nich zbyt szybko. Nostalgiczne oraz magiczne sceny łączą się z islandzkimi, zapierającymi dech w piersiach krajobrazami. Widać tu tęsknotę za innym, lepszym światem, który niewiele ma wspólnego z tym, który nas otacza. Sigur Ros przedstawia nam idylliczną wizję bez agresji, złych emocji. Niejednokrotnie przy oglądaniu ich klipów, łezka zakręciła mi się w oku. W gruncie rzeczy, wszyscy czujemy potrzebę zanurzenia się w tak pięknym świecie. Dodam również, że wokalista, Jonsi, posiada tak nieziemski głos, że w każdym pozostawić może skrajne emocje czy opinie.





6. Następni w moim subiektywnym rankingu są Panowie z Foals. Chce wyróżnić jedynie jeden klip „Spanish Sahara”. Ta piosenka to prawdziwy wulkan emocji. Oprawiona została w przepiękny teledysk i… cóż, szkoda więcej zdradzić. Sami to zobaczcie!






Pełno tu zagranicznych formacji, a gdzie miejsce dla polskich wykonawców? Z radością oznajmiam Wam, że ostatnio znalazłam dwa bajkowe klipy!

7.
Pierwszy należy do zespołu Twilite. Swoje początki mieli w Dublinie, gdzie spotkali się i wspólnie nagrywali. Teraz znowu powrócili na łono Polski. Całe szczęście, bo taki talent nie może iść na tzw. eksport. Członków w zespole jest dwóch, mają dwie gitary oraz mikrofony. Czynią cuda. Poniższy teledysk zaś to manifest o wolność, niezależność, czy też młodzieńczą beztroskość.




8. Numer osiem to, jak zaznaczyłam wcześniej, następna polska formacja. Kapela Stop Mi może pochwalić się iście bajecznym klipem. Widać, że naczytali się dużo Małego Księcia, gdyż chłopczyk, który jest główną postacią teledysku, wiele ma z nim wspólnego. Mi jest niziutki i chudziutki, interesuje się całym światem. Silnie wierzy w dobro człowieka.



Artyk nalezy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,43,17498,Magicznosc_w_teledyskach,artykul.html

sobota, 18 grudnia 2010

Sorry Boys - Hard Working Classes recenzja płyty




Ciężko pracujący polski talent. Recenzja albumu Sorry Boys "Hard Working Classes.

Mam w dłoni "Hard Working Classes". Jest w tekturowym opakowaniu, jak ostatnio prawie każda płyta. To dobry pomysł, bo wygląda to o niebo lepiej od tych klasycznych, plastikowych pudełek i jest przyjemne w dotyku. Na okładce widnieje piękne zdjęcie równie pięknej wokalistki Sorry Boys, Izy Komoszyńskiej. Wszystko w pastelowych ciepłych barwach, z nazwą zespołu i tytułem płyty, napisanymi drobną i ładnie prezentującą się czcionką. Po otwarciu spostrzegamy fotos jakiegoś muru/ płyty chodnikowej albo ściennej. W specjalnej zakładce pod, którą jest sprytnie schowane zdjęcie zespołu, znajduje się książeczka. Jest cudownie przyjemna w odbiorze. Pierwsza strona zawiera dwa teksty, a następna zdjęcie wokalistki i tak na zmianę. Teksty, zdjęcie członków zespołu. Fotosy zachwycają tak jak cała szata graficzna. Pierwsze wrażenie jest cudowne i jak na polską płytę, bardzo pozytywnie zaskakujące!

Jednak co dalej? Wkładam płytę do napędu i czekam ze zniecierpliwieniem na pierwsze brzmienia. Olśnienie! Pierwszym utworem jest piosenka tytułowa krążka. W moich uszach rozbrzmiewa nieziemski głos Izy i równie nieziemska gra instrumentów. Czuć prawdziwą harmonię i ład. Klimatyczna piosenka jednak nie na długo wprawia nas w rozmarzenie i senny stan. Tuż po niej jest kawałek "Salty River". Kipi od energii i wielkiej siły. "Salty River" jest potencjalnym kandydatem na wielki hit. Chwytliwe brzmienie gitary, wirtuozerskie zagrywki, lekkie orientalne wstawki i przyprawiający o ciarki głos, na długo pozostają w pamięci. Nie wspominając już o tekście, który moim zdaniem jest najpiękniejszym na całym krążku. Pomysłowy, poetycki, dobrze napisany i przemyślany.

Na trackliście roi się od hitów. Wspomniana już "Salty River", czy Chance, którą Sorry Boys wykonali w programie Kuby Wojewódzkiego, a także Cancer Sign Love i Caesar On Fire.

Co stoi za sukcesem płyty? Oryginalność zespołu, to po pierwsze. Nie potrafię zamknąć muzyki Sorry Boys w sztywnych ramach gatunkowych. Wiele osób pokusiłoby się o stwierdzenie, że jest to pop. Nie, ich twórczość jest zbyt ambitna na ten rodzaj. Może muzyka eksperymentalna? Sama nie wiem, jednak eksperymentują i to bardzo. Brzmienia są niespotykanie i niecodzienne. Wielką zaleta są muzycy: Tomasz Dąbrowski( gitara elektryczna i akustyczna), Piotr Blak( gitara elektryczna), oraz inni zaproszeni do projektu. Na płycie wykazują się ogromnym profesjonalizmem i doświadczeniem, widać, że gra sprawia im przyjemność i jest po prostu ich pasją. Słychać to bardzo bobrze, bo bez tych czynników nie grali by tak rewelacyjnie i płynnie. Wszystkie instrumenty współgrają ze sobą, tworząc imponującą całość. Jednak nie ma tu tylko klasycznych instrumentów jak gitara czy perkusja. To następny plus płyty. Do całości dochodzi keyboard, harmonijka ustna i saksofon. Co więcej, Sorry Boys zaczerpnęli trochę z orientu i dodali do swojej muzyki dilrubę, która popularna jest w północno- zachodnich Indiach, sitarę persko- indyjskiego pochodzenia, przypominająca skrzyżowanie gitary i mandoliny, oraz tanpurę. Jest to naprawdę nieziemskie połączenie! Kolejna zaleta to głos Izy Komoszyńskiej, przez wielu krytyków i fanów uważanym za jeden z lepszych na polskiej scenie muzycznej. Iza posiada ciepły i charakterystyczny wokal, który jak brzytwa przecina ludzkie ucho i wdrożą się bardzo głęboko. Potrafi być słodki ale też zadziorny i ostry. Zespół wiele dzięki tej Pani zawdzięcza, bo takich talentów jest bardzo mało w Polsce. Proszę mi tu też nie spekulować, że na płycie lepiej to brzmi a na koncertach może lecieć z playbacku. O nie! Gitarzysta zespołu, Tomasz Dąbrowski i Iza, razem zagrali mini koncert w metrze i na stacji metra centrum tzw. Patelni. I co? Rewelacja. Ten głos przeszywa na wskroś i jest czysty jak łza.

Bardzo cieszy mnie to, że są oni coraz bardziej zauważani. Niedawno grali koncert przed Anitą Lipnicką i Moniką Brodką i oczywiście wypadli rewelacyjnie! Debiutancka płyta w salonach empiku sprzedaje się jak świeże bułeczki i nie raz okrzyknięci byli nadzieją polskiej muzyki, a wytwórnia płytowa, z którą współpracują, Mystic Production, jest dumna z tego, że może promować tak świetny zespół. Wytwórnia z reszta jest „stajnia” mega talentów.

Krążek ma jednak wadę, mianowicie 10 utworów. Nie zauważyłam nawet kiedy płyta się skończyła! Tak uprzyjemniała mi czas, że z rozczarowaniem doszłam do wniosku, że już dalej nie posłucham. Z chęcią widziałabym na liście utworów przynajmniej dwa, trzy kawałki więcej. Ci, których moja recenzja przekonała, niech czym prędzej zapoznają się z twórczością Sorry Boys. Ci, którzy nie są do końca zachęceni, niech się nie wahają! Obiecuję, że magia krążka pochłonie Was bezpowrotnie.

Ocena: 9/10

Spis utworów:

1. Hard Working Classes
2. Salty River
3. Cancer Sign Love
4. Chance
5. Trains Go Everywhere
6. I Feel Life
7. Roe Deer At A Rodeo
8. Caesar On Fire
9. Give Me Back My Money
10. No Saviour


Recenzja należy do portalu StacjaKultura.pl

http://stacjakultura.pl/7,38,17232,Sorry_Boys_Hard_Working_Classes_recenzja_plyty,artykul.html


poniedziałek, 6 grudnia 2010

Hands Resist - Stawiając opór monotonii




Hands Resist to warszawski młody i dobrze zapowiadający się zespół, który swoją energią i charyzmą potrafi oczarować publikę. Mało w Polsce jest kapel, które w tak dobry sposób łączą ze sobą punk rocka z hardcorowym pazurem. Panowie swoją muzyką pokazują, że chcą zmienić polską scenę muzyczną i pozwolić wyjść takim zespołom jak oni z undergroundu. Jak sami piszą na swoich internetowych profilach " 12.11 - wchodzimy do studia i zmieniamy świat." Czy ich debiutancka płyta rzeczywiście będzie wydarzeniem, a muzyka na krążku powali nas na kolana? Na razie pozostaje nam wierzyć, że tak się stanie. Z chłopakami rozmawiałam 20 listopada w warszawskiej kawiarni. To nie był typowy wywiad, tylko przyjemna, luźna rozmowa o rzeczach mniej i bardziej ważnych, która potoczyła się pod znakiem uśmiechu i debiutanckiej płyty bandu. Miałam przyjemność mówić z Yogim, wokalistą HR oraz z Olkiem, gitarzystą. W połowie rozmowy dołączył do nas basista, Jajco.


Karolina Woźniak: Mówiliście już o współpracy z innymi kapelami, o chęci zaproszenia ich do swojego projektu. Opowiedzcie o tym więcej.

Yogi: Ta współpraca zaczęła się jeszcze przed właściwym nagraniem. Rozmawialiśmy z kilkoma zespołami. Na początku potrzebne były tak zwane prewki, czyli utwory słabszej jakości, aby nagrać je w studio. To jest tak, że kawałek, który nagrywamy wysyłamy zespołowi, z którym chcemy współpracować i oni we własnym zakresie dodają swoje wstawki i pomysły. My potem to akceptujemy albo dokonujemy zmian. Z jednym zespołem zagraliśmy już próbę i jesteśmy zadowoleni - będziemy z nimi nagrywać jeden kawałek.

KW: Może zdradzicie, który to zespół?
Yogi: Wolimy nie zdradzać z tego względu, że nie chcemy obarczać nikogo odpowiedzialnością. Ale mogę powiedzieć, że do jednego kawałka chcemy dodać instrumenty dęte. Mieliśmy już próbę i bardzo fajnie to wyszło. Mamy też jedną wstawkę reggae!

KW: Czyli można spodziewać się czegoś nowego?
Olek: Można powiedzieć, że to będzie taki mały bonusik.

Yogi: To będzie odskocznia od całej stylistyki albumu, chcemy zrobić jeden kawałek, który będzie odmienny.

KW: Wpisując nazwę waszej kapeli w wyszukiwarkę googli, oprócz waszego bandu, można znaleźć także przejmujący i straszny obraz Hands Resist Him. Czy nazwa zespołu ma coś wspólnego z tym dziełem?
Yogi: Ma (śmiech)! Na początku nazywaliśmy się Hands Resist Him, ale stwierdziliśmy, że to trochę za długa nazwa, więc zrezygnowaliśmy z "him". Poza tym, nasz poprzedni basista obstawał bardzo za tym, abyśmy nie nazywali się dokładnie jak ten obraz, bo stwierdził, że przywoła to złe emocje. W obawie o to, by nie moczył się w nocy, zmieniliśmy nazwę na dwuczłonową (śmiech).

KW: Czytając wasze relacje na Facebook'u czy na Myspace, można stwierdzić, że praca wre i wszystko idzie po właściwym torze.

Yogi: Przez ostatnie 5 dni był kryzys, ale został on zażegnany i wszystko idzie szybko i sprawnie. Mamy już sześć kawałków i zostało nam jeszcze pięć. Teraz skupiamy się na bębnach, słuchamy tego w studiu, staramy się naprowadzać na dobrą drogę bębniarza, jeżeli zbacza z niej, a czasami mu się zdarza. Miejscami po prostu za bardzo kombinuje.

KW: Takie kombinacje również mogą mieć dobry wpływ na brzmienie, może wyjdzie z tego coś nowego?
Yogi: To powinna być muzyka dosyć prosta z założenia, a on i tak dosyć mocno szaleje na perkusji. Więc jeśli do tych kombinacji dodać następne, to można trochę przesadzić. My tego nie chcemy, nie chcemy żadnego przesytu, bo nie będzie to brzmiało za dobrze.

Olek: Jak jeszcze dojdą gitary to będzie tego za dużo.

KW: Kto u was zajmuje się pisaniem tekstów?
Yogi: Ja.

KW: Czym się kierujesz podczas ich tworzenia, jakimi emocjami, wydarzeniami?
Yogi: Bardzo różnie, czasem potrafię zainspirować się nawet książką. Przeczytam dobrą książkę, spodoba mi się załóżmy jakiś rozdział, który opowiada ciekawą historię, inspiruję się nią i tworzę na jej podstawie własną. Potem zostaje napisanie tekstu.

KW: Czy jest tak, że czasem ktoś podrzuca Ci pomysł na napisanie tekstu?
Yogi: Wiesz co, pomysły są wszędzie, nawet kiedy idę ulicą i widzę rzecz, która mi się z czymś kojarzy, to powstaje związek przyczynowo skutkowy i dojdę do tematu, który mi się spodoba, o którym mogę napisać. To jest niekończący się worek inspiracji. Wszędzie można znaleźć jakiś pomysł.

KW: Jesteście młodym zespołem i zanim zaczniecie grać swoje poważne, duże koncerty trochę czasu minie. Na razie są to supporty. Przed kim chcielibyście najchętniej zagrać?
Olek: Rrise Against!! Ale w sumie fajnie byłoby też zagrać przed The Offspring.

Yogi: Rise Against! Na pewno oni. Oprócz nich Ignite. Gość który śpiewa w Ignite jest moim idolem. Kozak! Ma taką skalę głosu, że gdybym ja tak śpiewał, to już mógłbym spokojnie umrzeć (śmiech).

KW: Jakie macie marzenia, jako zespół, na najbliższą przyszłość?
Olek: Głównie wydać płytę, którą nagrywamy.

Yogi: Żeby Dariusz Szpakowski na Euro 2012 krzyczał nazwę naszego zespołu kiedy będziemy wygrywać (śmiech). A tak poważnie, to chcielibyśmy, żeby jak najwięcej osób przesłuchało nasz album i go oceniło.

KW: Na waszym Facebook'u jest umieszczona zabawna historia waszego zespołu. Najzabawniejsza wstawka jest ta o basiście, który całą zimę przechodził w klapkach. Czy naprawdę było tak srogo?
Yogi: To jest autentyk! Wszystkie historie są prawdziwe w bardziej lub mniej poważnym stopniu. Była zima, gościowi się coś przestawiło i myślał, że jest lato. Jest nie do zdarcia! Jak znam Jajca, to pewnie nie chciało mu się butów zakładać.

Olek: Jak nasz basista przyjdzie i go zobaczysz, to sama zrozumiesz, o co chodzi (śmiech).

KW: Czy planujecie jakąś większą promocję po nagraniu krążka, np. zrobić plakaty i stronę internetową, zaprojektować t- shirty i przypinki z logo waszego zespołu?
Yogi: Na pewno chcemy zrobić nowy layout na Myspace, żeby zgadzał się z okładką albumu i samą wkładką w środku. Na pewno chcemy porozsyłać gdzie się da nasze nagrania - do rozgłośni radiowych, magazynów i pism. Chcemy pokazać się tam, gdzie jest to możliwe. Zrobimy akcję, taką partyzantkę, w której będziemy rozdawać dużo ulotek, zostawiać je w klubach z informacją, że jest taki zespół, nagrał album z taką muzyką i zaprasza do odsłuchania. Ja mam w sumie dużo takich planów marketingowych, ale wszystko w swoim czasie. Mamy ograniczony zakres działań.

KW: Kiedy zakładaliście kapelę, to na jakich zespołach chcieliście się wzorować?
(w tym momencie do kawiarni wchodzi basista zespołu, Jajco)

Yogi: Nie wiem, czy wzorowaliśmy się na jakiś kapelach, ale ogólnie słuchamy różnej muzyki, nie zawsze się zgadzamy z tym, czego słuchamy. Ja np. słucham więcej muzyki elektronicznej niż rockowej. Nie robimy raczej kawałków zakładając sobie, że będą do czegoś lub kogoś podobne. Każdy z nas przychodzi z jakimś pomysłem, jeżeli reszcie się podoba, to gramy to, jeżeli nie, to kombinujemy dalej. Później, jak posłuchamy tego na sucho, jak już zobaczymy jak to wszystko brzmi, wtedy możemy doszukiwać się jakiś inspiracji.

Olek: Najpierw coś robimy a potem okazuje się, że jest to podobne do brzmień jakiejś kapeli.

Yogi: A to jest właśnie Jajco!

KW: Słuchaj, jak już jesteś, to powiedz coś o tej akcji z chodzeniem w klapakach podczas zimy.Jajco: Po postu chodziłem w zimę w klapkach . Nie chciało mi się zmieniać butów na inne.

Yogi: Mówiłem(śmiech)! Ja strzelałem, ale jak go znam to wiedziałem, że tak było.

KW: Mieliście więcej takich wesołych historii?
Yogi: Jasne, że tak. Np. Kiedy pod koniec listopada jechaliśmy na trzydniową trasę koncertową, Jajco zabrał kiść bananów i siatkę na zakupy zamiast pokrowca na gitarę i pojechał tak w trasę, żadnej kurtki nawet nie miał. No bo po co? (śmiech)

KW: Jakie macie plany na okładkę nowej płyty? Jak chcecie, żeby wyglądała?

Yogi: Mamy projekt mojego pomysłu, który spotkał się z ogólną aprobatą. Okładka ma być trochę metaforyczna. Ma mówić o tym, że zawsze jest jakaś nadzieja, ma przedstawiać gościa, który jest za kratami w wieży, wyciąga rękę do młodego drzewka, które dopiero co rośnie a na gałęzi tego drzewa wisi klucz. Taki jest ogólny projekt okładki. Chcielibyśmy aby ta część, w której jest wieża była mroczna a tam gdzie rośnie drzewko, żeby był ładny krajobraz z ćwierkającymi ptaszkami.

KW: Ile mniej więcej kawałków znajdzie się na waszej płycie?Olek: Na pewno będzie więcej niż mniej ale myślę, że 11. Będzie czego słuchać.

KW: W waszym zespole było trochę problemów ze składem. Czy doszło już do porozumienia i sytuacja została opanowana?
Yogi: Właśnie aktualnie jest problem, bo szukamy nowego gitarzysty. Taki stały skład grał 2 lata. W tym okresie wszystko było stabilne, nie było tak dużych zmian. Pożegnaliśmy się niedawno z naszym basistą Flisem, Jajco poszedł wtedy na bas, bo wcześniej grał na gitarze.

Olek: Poszedł tam bo pewnie nie chciało mu się ogarniać sześciu strun, tylko wolał cztery basowe(śmiech).

Yogi: Teraz z zespołu odszedł gitarzysta przed nagrywką, miał z nami robić płytę, ale ale stwierdził, że jednak nie chce. Więc szukamy nowego gitarzysty. Mamy nawet paru na oku, zobaczymy jak to będzie.

KW: Jesteście młodym zespołem, nie każdy was zna. Może zareklamujecie się jakoś, aby zaciekawić jeszcze więcej ludzi.
Olek: Ja lubię jeździć na desce.

Jajco: Olek przyciąga facetów na koncerty.

Olek: Tak, ja przyciągam facetów i stare Ukrainki.

Yogi: Mam jeszcze jedną fajną historię! Kiedy jechaliśmy do Krakowa, to w pociągu trochę nam odbijało i jak się okazało, że Jajco ma przy sobie maszynkę jednorazową, to postanowiliśmy przyciąć mu włosy na brzuchu i okazało się, że ma tam pnącza i można wygolić napis HR.

Olek: Co można zobaczyć na Myspace, na głównym zdjątku.

KW: To może ten motyw powinien być okładką waszej płyty?
Yogi: Myśleliśmy o tym, ale to nie pasuje do konceptu.

Olek: Poza tym my chcemy przyciągać ludzi a nie ich odpychać, a nie każda kobieta lubi taki brzuszek(śmiech).

KW: Dzięki za rozmowę.

http://www.rockmagazyn.pl/wywiad/116,hands-resist-stawiajac-opor-monotonii.htm
Wywiad należy do portalu RockMagazyn.pl

poniedziałek, 22 listopada 2010

OVERLOAD- nie słyszałeś o nich? Pora to nadrobić!




Overload to młodziutki warszawski zespół grający heavy metal. O sobie piszą:

" OVERLOAD Jest kapelą powstałą pod koniec 2010 roku z inicjatywy Gustawa Więckowskiego i Marcina Ścierańskiego zafascynowanych muzyką takich zespołów jak Black Label Society, Pantera , Hellyeah czy także Slipknot, Disturbed, Kyuss

Niedługo później dołączył do nich basista Piotr Mańkowski w którego grze słychać wpływy takich kapel jak Trivium, Pantera, Lamb of God czy Metallica

Razem zabrali się do tworzenia Heavy Metalowej mieszanki swojej muzyki stawiając przede wszystkim na chwytliwość riffów, moc w brzmieniu i uczucie w całej grze"

Chłopaki zapowiadają, że wchodzą do studia w grudniu lub styczniu. Są gotowi na to aby zawładnąć słuchaczami i muzyczną sceną metalową.
Sama z niecierpliwością czekam na ich demo, bo słuchając ich wyczynów na próbach dostaję gęsiej skórki a stopa sama szaleje wystukując rytm.
Zapraszam do śledzenia ich poczynań bo warto!


niedziela, 14 listopada 2010

Kosmiczne brzmienia



13 listopada w warszawskiej Progresji, odbył się koncert instrumentalnego zespołu, Tides From Nebula. Przed ich występem, rozmawiałam z gitarzystą "cebuli" Adamem Waleszyńskim.


Muzloibra: Po raz pierwszy usłyszałam Was w pruszkowskim MOK’u. Zagraliście po występach amatorskich zespołów i wow! Nagle każdy przestał rozmawiać, wszyscy usiedli na podłodze i zaczęli Was słuchać. Jak Wam się udaje w sekundę tak oczarować publiczność? Co składa się na taki sukces?
Adam Waleszyński: Po pierwsze nie wiem czy można nazwać to sukcesem. To znaczy, można, bo to jest dla nas osobisty, życiowy sukces, że ludzie przychodzą na nasze koncerty i słuchają naszej muzyki. Jeśli chodzi o muzykę, to jak się podoba to super! To jest niesamowite. To jest tak, że czujemy to co robimy i jest to bardzo szczere i zawsze jak gramy to są to szczere emocje, które są przez nas wyzwalane i te same szczere emocje wyzwalamy bezpośrednio w naszej muzyce. Ale to czy nam się udaje, to nie wiem, ale dzięki.
Muzolibra: Okładka waszej płyty” Aura”, jest pięknym projektem. Kto stoi za jej wykonaniem? Jakie niesie przesłanie?
Adam Waleszyński: Jako muzyka instrumentalna, szczególnego przesłania nie ma. Jedyne co my chcemy przesłać, to emocje. Chcieliśmy zawrzeć dużo emocji w okładce. Stworzył ją Helder Pedro, portugalski grafik i artysta, młody chłopak, który robi także okładki dla wielu innych zespołów z podobnych gatunków muzycznych, np. dla God Is An Astronaut, czy dla Jakob z Nowej Zelandii. Spodobały nam się jego prace, napisaliśmy do niego maila i tak się nawiązała współpraca.
Muzolibra: Będziecie chcieli jeszcze współpracować z tym artystą?
Adam Waleszyński: Jeśli chodzi o teraz, to już jakąś tam współprace prowadzimy ale jeszcze się nie zdecydowaliśmy czy to on będzie odpowiedzialny za okładkę do drugiego albumu.
Muzolibra: Jeśli chodzi o drugi album, czy uchylisz rąbka tajemnicy i powiesz coś o nim?
Adam Waleszyński: Nie. Jedyne co mogę powiedzieć to jest to to, że płyta jest już nagrana, jest już po masteringu, jest już gotowa, od trzech miesięcy mamy ją w rękach i jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu końcowego. I mogę jeszcze powiedzieć tyle, że płyta różni się od poprzedniej.
Muzolibra: Czyli będą niespodzianki?
Adam Waleszyński: Znaczy, czujemy że zrobiliśmy krok w przód. Nie zostaliśmy w miejscu, płyta jest bardziej przemyślana muzycznie, czujemy, że rozwinęliśmy się muzycznie jako zespół.
Muzolibra: Powoli wymykacie się poza Polskę, zagraliście sporo koncertów za granicą, a 16 listopada ruszacie w trasę europejską.
Adam Waleszyński: Dokładnie, wyruszamy na dwadzieścia kilka koncertów, cały miesiąc, 26 dni nie będzie nas w kraju. Jedziemy południem europy przez Włochy, do Portugalii i wracamy przez północną Europę przez Beneluks. Nie zahaczamy jedynie o wyspy i Skandynawię.
Muzolibra: Czy czujecie, że możecie zaistnieć i zrobić karierę poza Polską? Z muzyką instrumentalną jest łatwiej.
Adam Waleszyński: Tak, jest łatwiej, ponieważ nie ma wokalisty, który śpiewa po angielsku i ma słaby akcent i nie ma wokalisty, który śpiewa po polsku, więc jest łatwiej. Lepiej jest odebrać taką muzykę kiedy przekazujemy emocje, o których wspominałem, w samych dźwiękach.
Muzolibra: Nie mieliście nigdy ochoty aby wokal zabrzmiał w waszym zespole?
Adam Waleszyński: Mieliśmy. Jak założyliśmy zespół, przez parę miesięcy szukaliśmy wokalisty. Ale taki się nie znalazł. Przychodzili wokaliści, którzy oczywiście mieli doskonałe umiejętności, tylko że my się we czterech już doskonale rozumiemy i to jest taki można powiedzieć silny organizm. Jesteśmy czwórką przyjaciół, którzy absolutnie się rozumieją we wszystkim. My gramy we czterech i nagle przychodzi ktoś piąty, więc czuć było ten dystans. Stwierdziliśmy, że nie, chcemy iść do przodu, nie mogliśmy znaleźć nikogo odpowiedniego, zarówno pod względem wokalnym jak i pod względem osobistym. Nie to, że nie lubiliśmy tych ludzi, po prostu wiedzieliśmy, że między nami to jest to! No i tak poszło i myślę, że to działa.
Muzolibra: Jeśli jednak, któregoś razu będziecie mieli ochotę, żeby wokal się pojawił w waszym zespole, to z jakim piosenkarzem albo piosenkarką, chcielibyście współpracować?
Adam Waleszyński: Myślę, że każdy z nas wskazałby kogoś innego, każdy z nas ma swoich ulubionych wokalistów, których prawdopodobnie chciałby zaprosić. Jednak wiem, że kiedy jakiś wokalista pojawiłby się w naszym zespole, to nie gralibyśmy już jako Tides From Nebula, tylko byłby to inny zespół. Gralibyśmy w tym samym składzie, ale prawdopodobnie zmieniło by to podejście do granej muzyki, to jest zupełnie inny styl pracy. Każdy z nas grał już w zespołach, w których byli wokaliści. To jest zupełnie inna nauka jazdy.
Muzolibra: Tides From Nebula. Dosyć chwytliwa i oryginalna nazwa. Jak ona powstała?
Adam Waleszyński: Nasz basista, Przemek, siedział na wykładzie, nudnym wykładzie na uczelni i wymyślił Tides From, a nasz przyjaciel Maciet, który jeździ z nami w trasy i prowadzi tak jakby sklepik, wymyślił Nebula. Szukaliśmy nazwy, która pasowała by do muzyki, a jako że inspirowaliśmy się na pierwszej płycie i nadal się inspirujemy zjawiskami naturalnymi, środowiskiem, kosmosem, galaktyką i te dźwięki jakoby kojarzyły nam się z kosmicznymi dźwiękami, to tak zostało.
Muzolibra: Na stronie internetowej Progresji, jesteście opisani jako cebula. O co chodzi? Nebula- cebula?
Adam Waleszyński: Tak, tak, dokładnie chodzi o rym. Nawet na swoim sprzęcie mamy szablon wymalowany cebulek, żeby było wiadomo, że jest nasz. Jak się gdzieś gra koncerty i jest dużo kapel i stoi nieoznakowany sprzęt, to ktoś może się pomylić i zabrać. Mamy cebulki na sprzęcie, trzy litery TFN aby była pewność, że to my(śmiech).
Muzolibra: Jesteście bardzo młodym zespołem a z dnia na dzień liczba waszych sukcesów rośnie. Skąd w Was taka determinacja i chęć do progresu?
Adam Waleszyński: To jest właśnie to, że się rozumiemy. Jak coś robimy to po prostu trzeba robić to perfekcyjnie. Widząc, że nie dość, że muzyka nas kręci to idzie nam to coraz lepiej, to stwierdziliśmy, że po co marnować szansę. Jeśli szansa puka do nas do drzwi, za przeproszeniem, gryzie nas w tyłek, no to trudno nie odwrócić się i nie ugryźć tej szansy również, to było by głupotą. Rozwijamy się, pracujemy tak ciężko jak możemy, wkładamy w to całe serce , cały wolny czas.
Muzolibra: Jakie zespoły miały wpływ na brzmienie waszej muzyki?
Adam Waleszyński: Mamy zespoły, które słuchamy, nasze ulubione, które wszyscy lubimy. Ale każdy z nas ma swoje ukochane zespoły, takie, których nie słucha żaden z nas z pozostałych, w sensie ja np. uwielbiam kapelę Dredg, uwielbiam ekstremalną muzykę, matematyczno- hardcorową typu The Dillinger Escape Plan, nasz perkusista lubi Pendulum czy Faith No More, nasz basista słucha na co dzień ambientu, instrumentalnej muzyki totalnie minimalistycznej, a nasz gitarzysta Maciek lubi muzykę progresywną. Jednak są zespoły, które wszyscy uwielbiamy. Są to tzw. klasyki gatunku Isis, Pelikan, Tool, Dredg. Każdy z nas ma jakby jeden wspólny worek zespołów, którymi się inspirujemy. Wiadomo, że nie staramy się jakoś kopiować bo to nie o to chodzi, jednak jak jest coś fenomenalnego to trudno nie zwrócić na to uwagi.
Muzolibra: Nie było przez to zgrzytów w waszym zespole?
Adam Waleszyński: Nie, nigdy.
Muzolibra: Czyli jak jeden brat dogadujecie się w kwestiach muzyki?
Adam Waleszyński: To znaczy, wiadomo, że czasami w kwestiach muzycznych coś się nie podoba ale wtedy siedzimy i pracujemy jeszcze ciężej. Nigdy nie jest tak, że jeden się uprze i to musi tak być i koniec. Nie. Jeśli chodzi o robienie muzyki to staramy się aby była u nas demokracja, to musi się spodobać każdemu. Zwykle jest to tak, że ok., jeśli każdy ma ciary jak gramy, po plecach przechodzą to znaczy, że jest dobrze. Czasami, żeby do tego dojść, było tak, że siedzieliśmy 2 czy 3 miesiące nad fragmentem małego utworu. Czasami bywało tak, że utwór powstawał w czasie jednej próby. Takim utworem jest kawałek z pierwszej płyty It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light, on powstał w trzy godziny. Wiedzieliśmy, że jest szybko, że jest dynamicznie, że jest bardzo dużo przestrzeni i poszło.
Muzolibra: Mieliście czasem momenty zwątpienia, żeby rzucić to wszystko i powiedzieć, nie to się nie uda!
Adam Waleszyński: Nie, nigdy.
Muzolibra: Co nowy rok przyniesie waszemu zespołowi?
Adam Waleszyński: Nowy rok przyniesie prawdopodobnie promocję nowej płyty, kolejne trasy koncertowe i jeszcze więcej ciężkiej pracy.

wtorek, 9 listopada 2010

Młodzi, ambitni!

*
06.11.2010r. w warszawskiej Stodole, odbył się koncert cenionego od lat zespołu Acid Drinkers. Panowie promowali swoją nową płytę, zahaczając o stolicę w ramach trasy My Name is Dick. Fish Dick. Tour 2010 – 2011.
Przed nimi zagrała młoda kapela, Mouga. Zespół tworzy czterech Panów: Konyu(wokal+gitara), Stepol(perkusja), Dywan(gitara basowa) i Bażant(gitara). Przed ich porywającym i energetycznym koncertem, miałam przyjemność rozmawiać ze Stepolem i Dywanem. Rozmowa odbyła się w bardzo sympatycznej i przyjemnej atmosferze.



Muzolibra
: Wasz muzyka oceniana jest jako hardcore, post hardcore. Czy utożsamiacie się z tym gatunkiem? Co i kto miał wpływ na waszą muzykę?
Stepol: Na pewno utożsamiamy się z tymi gatunkami, ale w zamierzeniu nie chcieliśmy się ograniczać tylko na mocnym graniu, co z resztą słychać na płycie. Pomijając balladę, ten akustyczny numer I Can Hold. Tak więc są tam jakieś momenty jazzowe, latino. Chcieliśmy aby naszej muzyki nie było łatwo sklasyfikować. Na pewno jest tam dużo nurtu hardcorowego ale są też zupełnie inne rodzaje muzyki.
Dywan: Poza tym kochamy melodię i uważamy, że jest ona bardzo ważna. Ktoś kto potrafi zagrać dobrą melodię nie musi grać ciężko, nie musi grać w pewnym schemacie, gdzie czasem ludzie wręcz wymagają od zespołu, żeby szedł jakimś schematem, że to musi być grane ciężko, musi być technicznie, dziękuję, do widzenia. My nie wyznajemy takiej zasady, melodia jest u nas podstawą. Często dzięki temu utożsamiają nas też z nurtem emo. My się tego nie wstydzimy, ponieważ, klasyfikujemy i definiujemy go zupełnie inaczej niż robią to Polacy.
Muzolibra: Tak naprawdę emo wywodzi się z hardcoru...
Stepol: Emo jest negatywnie odbierane u nas w kraju, a przecież jest strasznie dużo zajebistych kapel grających taką muzykę. Nie mówimy tu o My Chemical Romance czy innych typowo popowych zespołach, ale takich bardziej undergroundowych takich jak Strata. Zespołach, których u nas w kraju niewiele osób wie i przez to klasyfikują nurt emo, patrząc i myśląc przez pryzmat tych kapel typowo popowych, które widać np. w MTV.
Dywan: Większość ludzi postrzega nurt emo przez to, że media bardzo mocno zrobiły z tego taką kolorową papkę i to jest najgorsze.
Muzolibra: W jakich kawałkach lepiej się czujecie, w spokojnych balladach czy w bardziej charyzmatycznych i melodyjnych utworach?
Dywan: To jest różnie, dlatego że kiedy zagramy dobrą melodię i czujemy ją i stworzyliśmy ją od siebie, to jest to bez różnicy. Czy gramy ciężki utwór czy gramy melodyjny utwór, jeżeli jest to dobre i dobrze się w tym czujemy, to nie ma to większego znaczenia.
Muzolibra: Macie już za sobą nagraną debiutancką płytę, zagraliście już dużo koncertów a wiele jest przed Wami, między innymi pod skrzydłami Panów z Acid Drinkers. Czy czujecie, że zaczyna dziać się coś fajnego?
Stepol: Na pewno czujemy, że idziemy do przodu, ale jak to miało już miejsce w kilku innych wywiadach wcześniejszych, dziennikarze to z reguły osoby, które znają się na rzeczy i wiedzą, że taka muzyka, którą my gramy dopiero raczkuje w naszym kraju i nie ma na nią dość dużego popytu. Można więc powiedzieć, że poniekąd przecieramy szlak dla takiej muzyki. Jest kilka kapel, które grały wcześniej podobną muzykę, ale zauważamy teraz, w obecnym 2010 roku, że taka nowoczesna muzyka, którą my gramy zaczyna mieć coraz większą popularność u nas. Jednak nie jest to jeszcze ten mainstream, tak jak powiedzmy muzyka typowo death metalowa. Mamy trochę trudniej i trasa z Acid Drinkers, pozwala nam na to, że na tym koncercie usłyszy nas o wiele więcej osób. Domyślamy się, że nie przekonamy wszystkich do tego co gramy, ale to nie jest dla nas ważne. Najważniejsze jest to aby usłyszało nas jak najwięcej osób.
Dywan: Poza tym już na samej stronie http://www.metal-core.com/pl.html , już idzie zobaczyć, są informacje, że rodzi się coraz więcej zespołów z tego nurtu. Ostatnio powstał nowy zespół, nie znam nazwy, ale jest z Bielska Białej i są też mocno osadzeni w podobnych klimatach co nasza kapela.
Stepol: Tych kapel jest dużo, my poniekąd wpisujemy się w metalcore, ale nie do końca, ponieważ my bardziej stawiamy na melodie wokalną. Wiemy o tym, że nasz wokalista potrafi śpiewać, nie tylko wydzierać się, dlatego wykorzystujemy to jak tylko możemy, mieszając wokal mocny, krzyczący ze śpiewem.
Dywan: Jeżeli za rok zrobimy ten sam wywiad, o ile go zrobimy, to myślę, że tych zespołów będzie więcej i będzie na nie większy popyt.
Muzolibra: Miejmy nadzieję, bo na razie to wszystko zamknięte jest w undergroundzie.
Stepol: Powiedzmy szczerze, mamy ciężko i gdyby nie trasa z Acid Drinkers, to powiem szczerze, że nie chcielibyśmy grać w Polsce więcej koncertów, bo jak na zespół grający od pięciu lat, zagraliśmy na razie ok. 200 koncertów, z czego dwa pierwsze lata było to takie docieranie się, czyli nie zagraliśmy praktycznie nic. Więc można powiedzieć, że w ciągu trzech lat zagraliśmy ok. 200 koncertów. W tym roku było to ok. 70, powiedzmy. No i ok., strasznie dbamy o promocję medialną , na tyle na ile portale i stacje radiowe nam pozwalają, gramy koncerty ale nie jest tak jak byśmy tego oczekiwali. Zdajemy sobie sprawę z tego, że będzie nam ciężko z taką muzą w tym kraju. Wiele kapel zrobiło karierę za granicą, dajmy na to Riverside, Behemoth. Wydaje mi się, że powinniśmy pójść też tą drogą. Zapewne kiedy skończymy trasę z Acidami to zamkniemy się w studiu aby nagrać jak najszybciej następną płytę, bo już mamy większość materiału. Myślę, że do połowy przyszłego roku już się pokaże i będziemy stawiać bardziej na koncertowanie za granicą, nawet jeśli ma to się przełożyć na ilość tych koncertów. Nawet jak mamy zagrać ich mniej, to chcemy zobaczyć jak to wygląda z tej drugiej strony. Mieliśmy już tam jakieś doświadczenie, mieliśmy już mini trasę w Austrii i frekwencyjnie wyglądało to zupełnie lepiej niż u nas.
Muzolibra: Tak, wasza muzyka i teledyski są na bardzo dobrym, światowym poziomie. Czy mieliście tą świadomość, że da to kiedyś tak świetny efekt?
Stepol: Ten materiał, który był na tej płycie, jest zamknięciem jakiegoś tam pierwszego okresu. Zawsze się mówi o zespołach po pierwszej płycie, że nagrywa się tą płytę całe życie. Mogę się z tym zgodzi, że na pewno tak jest, ale nie do końca, ponieważ dużą część tego materiału stworzyliśmy przez dwa miesiące. Powiedzmy połowę całej płyty. Reszta to utwory, które powstały w przeciągu roku czy półtora roku i to jest już w sumie stary materiał i patrzymy na to już pod innym kontem, bo utwory, które już teraz tworzymy, bardziej nam się podobają. To jest naturalna kolej rzeczy, nie chcemy powiedzieć, że ok, osiągnęliśmy coś niewyobrażalnego dla nas jakieś tam dwa, trzy lata temu, nagraliśmy płytę, która powiedzmy brzmi jak na światowym poziomie, mamy teledyski za, które nie musimy się wstydzić ale wiemy, że jeszcze wiele rzeczy możemy poprawić. Póki będziemy mieli takie myślenie, myślę, że nasza muzyka będzie coraz lepsza, teledyski będą coraz lepsze, bo kto się nie rozwija ten się cofa.
Dywan: Jesteśmy już bardziej doświadczonymi muzykami niż na pierwszej płycie, nasz materiał, jak już Sebastian wspominał, na starej płycie jest już starym materiałem, więc teraz po prostu nagrywając idziemy trochę w innym kierunku. Jest mocniej, jest bardziej rytmicznie, wszystko jest poprzestawiane, tak więc sam jestem ciekaw jak będzie wyglądała nowa płyta.
Stepol: Dzisiaj będziemy grać dwa kawałki, które na 99% wejdą na tą płytę.
Muzolibra: Któregoś razu spotkało się czterech facetów i postanowiło założyć zespół. Jak wyglądały początki Mougi?
Dywan: Początek wyglądał w ten sposób. Spotkaliśmy się i powiedzieliśmy sobie szczerze- Panowie, albo robimy wszystko aby ten zespół istniał, nagrywamy płytę aby zostać gwiazdami, oczywiście w cudzysłowie, albo po prostu nie ma sensu się w to bawić. Albo dopasowujemy studia, pracę i po prostu to jest nasze życie, bo jeżeli będziemy robić tak jak to robi większość zespołów młodych, na zasadzie zabawy, czy gdzieniegdzie licząc na jakiś sukces to jesteśmy spaleni. I tak jak powiedzieliśmy tak też zrobiliśmy, czyli nasze całe życie, te pięć lat, studia dopasowane pod próby, praca dopasowana pod zespół, wszystko jest realizowane pod zespół. Mocno pracujemy na próbach, teoretycznie nie mamy życia prywatnego, bo ciągle pracujemy nad zespołem. Są tego efekty, fakt, w ciągu tych pięciu lat zrobiliśmy duży krok, promocja zespołu, nagranie płyty i szkoda, bo można, to jest Polska tu jest ciężko, ale młode zespoły tego nie rozumieją. Na początku dla nich liczy się dobra zabawa, grać koncerty, pić piwo, to jest extra. Ale jeśli zrobi się to na poważnie i znajdzie się odpowiednich ludzi, to jest się w stanie dużo zrobić i osiągnąć jakiś poziom.
Muzolibra: Wygraliście już parę festiwali np. Rock’n’ Roll Festiwal, jego III edycję. Czy macie w planach podbicie następnych festiwali?
Stepol: To już raczej odpada, ponieważ po nagraniu płyty większość festiwali ma coś takiego, że po prostu ogranicza zespoły, które już nagrały płytę i raczej nie podejrzewam, żebyśmy gdziekolwiek występowali na konkursowych festiwalach. Jeżeli już to jako jeden zespół z wielu, które występują.
Muzolibra: Czy oprócz muzyki macie jakieś inne ciekawe zajęcia, interesujące hobby, czy skupiacie się tylko na muzyce?
Stepol: Mamy! Ja z Dywanem od dziecka jesteśmy zafascynowani komiksami i rysowaliśmy bardzo dużo, to kiedyś było nasze całe życie póki nie pojawiło się granie. Do tej pory coś tworzymy, jakieś historyjki, o ile nam czas pozwala. Dalej się tym zajmujemy i jaramy.
Dywan: Ale że co, że marihuanę? (śmiech)
Stepol: (śmiech) Jaramy się komiksami!
Dywan: Można zobaczyć nasze nowe koszulki, które zaprojektował Sebastian.
Muzolibra: Dokładnie, przeglądałam ostatnio waszego Facebook’ a i widziałam projekt oryginalnych koszulek, z facetem, który trzyma swoją zakrwawioną głowę pod pachą. O co w niej chodziło?
Stepol: Tej koszulki na razie nie ma, ale będzie wkrótce.
Dywan: Robimy tak jak robią to zagraniczne zespoły, grafika jest taka, że każdy może ją ubrać, czy to osoba słuchająca Mougi, czy ktoś kto słucha techno, czy ktoś inny, to ma być taki wzór, który może nosić każdy i nie będzie się tego wstydził. Ma być to młodzieżowe , ma to się rzucać w oczy i Sebastian dokonał tego, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni.
Stepol: To są stare projekty, teraz mam dużo więcej, to była moja pierwsza koszulka, na którą zrobiłem projekt a teraz coraz więcej nad tym siedzę i następne rzeczy będą o wiele lepsze.
Muzolibra: Czyli niebawem będą nowe koszulki, można liczyć też na inne gadżety?
Stepol: Na pewno, jeżeli chodzi o koszulki to nie tylko projektuję dla Mougi ale też dla innych zespołów.
Dywan: I niedługo otworzymy Mouga SA rzucimy wszystko i zaczniemy interesować się modą (śmiech) .
Muzolibra: W takim razie dziękuję Wam bardzo za rozmowę i życzę Wam samych sukcesów!

*fot. J. Malik

wtorek, 2 listopada 2010

„Diabeł musi być”

*
Rozmowa z Michałem Jelonkiem przed koncertem w warszawskiej Stodole, 23 października.

Muzolibra: Co było pierwszym bodźcem , który zadecydował o nagraniu solowego projektu?
Jelonek: To chyba dziwne głosy w głowie( śmiech). Po prostu grałem w wielu składach, zespołach i już od dłuższego czasu, od dobrych kilkudziesięciu lat ,prawie że, było wiele pomysłów niewykorzystanych, które się uzbierały, no i zaczęło mi tak tam z tyłu głowy kołatać, że można coś takiego zrobić samemu, żeby już tą tzw. demokrację zespołu nie nadwyrężać i zdecydować samemu od początku do końca co będzie i jak będzie grane. Chęci i plany może i były ale zawsze było coś ważniejszego. Płyty innych zespołów, gościnne czy współautorstwie. Zawsze ten projekt był odsuwany.
M: Solowa płyta nagrana jest w ciężkich rockowych klimatach. Czy na nowej płycie będzie coś zaskakującego, może klasyka?
J: Nie wiem, nie wiem. Jeżeli ma być coś zaskakującego to na pewno nic nie powiem.
M: Kiedy można spodziewać się następnego krążka? Fani są na pewno zniecierpliwieni.
J: Planuję zimą lub wczesną wiosną wejść do studia, dlatego, że tu jest kilka rzeczy, które muszą się zgrać by zacząć nagrywać. Muszą być wolne terminy, studio, odpowiedni ludzie, których chcę zaprosić do nagrania, więc to wszystko trzeba zsynchronizować i dlatego to wszystko przesuwa się w czasie.
M: Czy planuje Pan jakąś większą promocję za granicą, czy rodzima scena muzyczna w zupełności wystarczy?
J: Można planować, ale to wszystko wiąże się z pewnymi kosztami i obawiam się, że nie jestem w stanie tych planów zrealizować, bo życie zawsze to koryguje. Ale już na kilka festiwali mam zaproszenie poza granicami Polski. O tyle lepiej, że jest to muzyka instrumentalna, nie ma tej bariery językowej czy akcentowej i muzyka jest dość uniwersalnym językiem międzynarodowym. Mam nadzieję, że uda nam się pokazać w paru fajnych, ciekawych miejscach.
M: W wielu miejscach za granicą Pan już był.
J: Tak, z projektem jelonkowym i z różnymi składami, z ANKH’iem, z Hunterem i z innymi w wielu miejscach.
M: Koncerty z Hunterem, współpraca z orkiestrą, to dwie różne bajki. W której z nich lepiej Pan się odnajduje?
J: Z muzykami rockowymi czy z Hunterem, czy ze składem jelonkowym, jest trochę lżej, bo jest mniejsza dyscyplina. Jednak muzyka klasyczna wymaga większej koncentracji i dyscypliny, a to niestety nie pojawia się na scenie przy rockowej muzyce. Niestety, niestety, to też ma swój urok. Wykonywanie muzyki klasycznej daje satysfakcję. Czy w orkiestrze symfonicznej, czy w towarzystwie orkiestry solo, tylko że to jest większy stres i dochodzą większe wymogi.
M: Pański debiut spotkał się z bardzo dobrymi ocenami ze strony fanów jak i krytyków. Dostał Pan min. Złotego Bączka na Woodstocku. Czy myślał Pan, że spotka się z taką przychylnością po nagraniu krążka?
J: Miałem taką nadzieję, tak jak każdy muzyk. Tak jak wszyscy muzycy i twórcy mają nadzieję, że tworząc swoją muzykę, rzeźbę, obraz, chcą przynajmniej akceptacji odbiorcy. Dlatego to robimy, siedzi w nas niepokój, gdzieś w środku, który każe działać twórczo i uzewnętrznić to w różnej formie i każdy ma nadzieję, że ta akceptacja będzie dość szeroka. Nie ukrywam, że to było ogromną i miłą niespodzianką, że to był aż tak pozytywny odbiór.
M: Nagrywał Pan już z wieloma zespołami i artystami, takimi jak Mafia, Perfect, Closterkeller. Czy to była trudna współpraca, czy niosło to ze sobą miłe chwile?
J: Z każdym zespołem, z którym nagrywałem, czy z orkiestrą, zawsze jest to jakaś lekcja , czasami lekcja pokory i spore przeżycie. Często jest tak, że jestem wynajmowany jako muzyk sesyjny, czyli tak naprawdę nie spotykam się z gwiazdą czy główna postacią zespołu, tylko przychodzę do studia, nagrywam smyczki gdzie pokazują mi co i jak mam zagrać. Nawet nie ma tego kontaktu z artystą. Ale czasami jest bardzo fajnie, jest towarzysko i muzycznie. Jednak ostatnio jestem zapraszany jako gość na płytę, ale jednak wolę nagrywać smyczki, skrzypce do przeróżnej muzyki. Im bardziej jest to styl odległy dla mnie, tym bardziej mnie to kręci, bo jest to wyzwanie. I mimo, że często są na to narzucone jakieś formy stylistyczne, to i tak można pokazać siebie. To jest tak jak z muzyką klasyczną, że muzyk ma ograniczone pole manewru, żeby pokazać siebie, bo są konkretne nuty, konkretny opis dynamiki i trzeba naprawdę przemykać między nutami, żeby nagrać to idealnie dobrze, tak jak to pokazał kompozytor, a przy tym pokazać coś swojego. Czasami jest tak, że każda sekunda w studiu, każda minuta uczy słuchać s potem uczy grać.
M: Jest Pan dojrzałym i myślę, że spełnionym muzykiem...
J: Nie, nie jestem jeszcze spełniony i mam nadzieję, że długo jeszcze nie będę, bo w momencie kiedy człowiek czuje się spełnionym i mówi” tak to jest to co zawsze chciałem zrobić „ pojawia się pytanie, co dalej? Musi być kolejny stopień, bo wejdzie się na samą górę i stwierdzi się, że jestem z siebie zadowolony, może być niebezpieczne. W każdej dziedzinie, czy jest to muzyk, czy dziennikarz, czy ktoś jakiejkolwiek innej profesji, zadowolenie z samego siebie, czy tego co do tej pory się dokonało jest zgubne. No chyba, że ma się 80 lat, to wtedy jest ten moment, że można sobie podsumować i to usprawiedliwia.
M: Czy ma Pan jakieś złote zasady dla młodych muzyków, którzy muszą przebić się jeszcze przez ten gąszcz konkurencji?
J: Zależy co grają, bo np. jak gra się punka, to nie ma zasad, po prostu olewa się wszystkie autorytety, na tym polega cały urok i energia tego stylu. Gra się co się chce, im gorzej tym lepiej. Natomiast podejrzewam, że jak się gra jazz... chociaż fajnie jest tez mieć swojego idola. Idola to za mocno powiedziane, ale autorytet, który pokazuje niektóre rzeczy, nawet poza warsztatowe, jakieś wartości. Nie można stać w cieniu, nie można być w cieniu czyjejś doskonałości czy czyjś wzorów, bo potem nie będzie i czasu i siły by z niego wyjść. Bo jak się coś raz skopiuje, to potem ciężko jest się tego oduczyć. Trzeba szukać samego siebie. Ja zawsze mówię, że muzyk musi dużo słuchać a potem grać. Słuchać innych i siebie samego, na zasadzie swojego wewnętrznego głosu i intuicji. Tylko aby potrafić zagrać to co się wymyśli, to najpierw trzeba wypracować sobie warsztat, a to przy niektórych instrumentach jest bardzo wymagające, a przy niektórych mniej. Jednak i tak najważniejsze są charyzma i talent.
M: Skąd wziął się pomysł na teledysk do utworu BaRock i na samą nazwę. Jest to gra słów?
J: Sam utwór jest mieszaniną stylów, bo jest i harmonia barokowa, dialog między wiolonczelą a skrzypcami, to jest zaczerpnięte z tej epoki, a pod spodem gra sekcja rockowa. Tak się magicznie złożyło, że barok ma w swojej nazwie „rok”, to było trzeba to wykorzystać. Teledysk był konsekwencją, stroje barokowe a diabeł musi być.

* fot. Rafał Nowakowski

czwartek, 2 września 2010

CF98 vs. ulewa


Dnia 28 sierpnia, odbyły się na stadionie w Milanówku, kwalifikacje do zawodów MTBMX. Za raz po nich, swój koncert miała krakowska kapela CF98. Jak zawsze dali z siebie wszystko i genialnie brzmieli na żywo, ale niestety całą zabawę przerwał ulewny deszcz. Jednak mimo pecha z twarzy zespołu nie schodził uśmiech. Miałam okazję porozmawiać z nimi o tym niefortunnym zdarzeniu i o innych ciekawych rzeczach.

M: Ten rok 2010 możecie zaliczyć do udanego. Występ na Rock In Summer Festival, koncerty z Bad Religion, Billy Talent, The Subways, bardzo dobra I dojrzała płyta. Myślicie, że to może jeszcze bardziej otworzyć Wam drzwi do kariery?
CF98: Już nam otworzyło. Wiesz co, wiadomo że nadal chcielibyśmy robić to co robimy i rozwijać się, ale o takiej wielkiej karierze nie myślimy, bo wydaje mi się, że i tak dużo osiągnęliśmy tą płytą. Raczej spokojnie przyjmujemy to co się nam na drodze wydarza. Nie jesteśmy takimi ludźmi, którzy gonią tylko za karierą, ale na pewno ta płyta sprawiła, że jesteśmy bardziej rozpoznawalni, dzięki tekstom po polsku. Ludzie śpiewają na koncertach piosenki razem z nami, co jest bardzo budujące i wydaje mi się, że o to chodziło.
M: Wracając do śpiewania po polsku, wasze dwie poprzednie płyty są w całości w języku angielskim, a teraz nagraliście krążek w rodzimym języku. Czemu taka zmiana?
CF98:
Potrzebowaliśmy takiego odświeżenia, a jednocześnie eksperymentu, chcieliśmy spróbować własnych sił w naszym ojczystym języku. Nie wiedzieliśmy co z tego wyjdzie ale myślę, że to co dzieje się w tym roku, to jest dobre, wyszliśmy na przód, nie był to jakiś krok wstecz. Tak to widzimy.
M: Projekt okładki waszej płyty” Nic do stracenia” jest ciekawy. Czy niesie jakieś przesłanie?
CF98: W sumie tak, bo sama nazwa płyty mówi nic do stracenia. Mały chłopczyk stoi przed dużym krabem, ten chłopiec to chyba my, a krab to coś wielkiego przed nami, cała droga i świat. Walka z naszym niewidzialnym wrogiem, z naszymi słabościami, przeciwnościami losu, z którymi człowiek czasem przegrywa. Mimo wszystko walczy z nimi bo na tym polega życie, ta odwaga pozwala ci iść ciągle do przodu i robić nowe rzeczy. Nie siedzimy w czterech ścianach, nie czekamy na zbawienie, że coś fajnego się wydarzy, tylko przemy na przód. Właśnie o to chodzi w tej okładce, walka z góry skazana na niepowodzenie, ale jednak toczysz ją bo o to w tym wszystkim chodzi.
M: Graliście już dwa razy przed zespołem Billy Talent. Czy mieliście okazję spotkać się z chłopakami, porozmawiać z nimi?
CF98: Nie rozmawialiśmy jakoś za dużo. Generalnie było tylko cześć, cześć, fajnie gracie. Takie zespoły mają to do siebie, że codziennie spotykają inne kapele i tak naprawdę musielibyśmy spędzić z nimi jakąś imprezę, pojechać z nimi w trasę koncertową, zjeść wspólny obiad, żeby z nimi pogadać. Takie zespoły na próbach czy po nich, są tak zajęte i my też mamy co robić, że po prostu mijamy się z nimi. Na pewno są to sympatyczni, mili ludzi, uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni, ale żeby tu mówić o zażyłości, czy wielkiej sympatii. Parę słów wymieniliśmy, zdjęcia porobiliśmy. Był to pozytywny kontakt.
M: Skąd nazwa waszego zespołu? Trochę tajemniczo brzmi, jak jakiś kod.
CF98: Jest to taki kod, jak są walizki i czterocyfrowe kody i cf98 jest to każda literka. Możesz też sobie zobaczyć na klawiaturze co jest pod 9 a co jest pod 8, ogólnie jest to cały skrót, który tylko my rozumiemy. Jest to tajemniczy kod, nie chcemy zdradzać co on oznacza, bo wtedy cała tajemniczość zostanie z nas obdarta. Jest to strasznie trudna nazwa, ani po polsku ani po angielsku. Pozostawiamy interpretację słuchaczom. Niech sobie podepną pod to co chcą, na przykład całkiem fajnie 98 albo mniej cenzuralnie ciągnij f*** 98. Tak poważnie polecamy sprawdzić tablicę Mendelejewa. Koniec kropka
M: Czyli coś związanego z chemią?
CF98: Nic nie powiem, to chodzi o to, żeby czytelnik sam to zbadał. To jest jak szukanie skarbu. Dostajesz wskazówki i szukasz.
M: Kiedy słyszycie słowo przyszłość, to jak ją sobie wyobrażacie dla waszego zespołu? Macie jakieś marzenia, cele?
CF98: Przyszłość widzimy w dobrych barwach, my ogólnie wszystko tak widzimy. Jak na przykład dziś nam deszcz pada, koncert tylko chwila moment. Normalnie ktoś inny by się załamał, powiedział ”o Jezu, nie zagrałem całego koncertu” ale spoko zagraliśmy tyle ile mogliśmy. Swoją przyszłość kreujemy tak naprawdę od paru lat wstecz, więc nasza przyszłość zaczyna się już dziś, właściwie będzie to kontynuacja tego co robimy i tego co kochamy robić. My kreujemy przyszłość ale ona zaczyna się już dzisiaj.
M: Nasza polska publika znana jest z niespożytej energii na koncertach. Czy zagranicą wasi fajni też entuzjastycznie odbierają wasze występy?
CF98: Nie ma znacznego podziału czy różnicy. Z tą polską płyta nie byliśmy jeszcze zagranicą, ale z poprzednimi byliśmy w Niemczech, na Słowacji, ludzie dobrze nas odbierali. Dużo osób odzywa się do nas z Rosji, jeszcze tam nie graliśmy ale widać, że nas skądś znają i chcą nas. Gdyby tylko nam na to urlopy pozwoliły, na pewno dużo gralibyśmy w Niemczech, we Francji, cały czas już się coś kręci. Mamy też fana w Japonii. Przyjechał na wycieczkę po Europie, zahaczył o Kraków specjalnie dla nas. Przywiózł nam masę prezentów z Japonii, słodycze, których w życiu na oczy nie widzieliśmy. Jeszcze jedna taka historia. Kiedyś nasza polska fanka na koncert przyniosła każdemu, ręcznie robione słoniki z modeliny. Wszyscy dostaliśmy po jednym w różnych kolorach. Widać, że ludzie nas lubią. Wyrazy sympatii są zarówno w Polsce jak i zagranicą.
M: A propos sympatycznych i śmieszny zdarzeń, czy przytrafiła Wam się jeszcze podobna historia?
CF98: Mnie poruszyło kiedyś, jak pojechaliśmy do chłopaków z Warszawy z zespoły Hands Resist. Jajco zrobił nam obiad, kotlety w kształcie serc, zrobił sernika z napisem CF98 z brzoskwinek, więc po prostu mnie to urzekło. Ale to nie były byle jakie kotlety, tylko w cieście kokosowym, wypasiony obiad. Wtedy musi się naprawdę chcieć i musi się kogoś lubić, aby urządzić coś tak miłego. Na każdym koncercie mamy dowody sympatii. Każdy chce z nami na piwo iść od pewnego czasu, więc po prostu nie nadążamy. Czasem na koncercie, jakbyśmy wypili to wszystko co proponują nam ludzie, to byśmy non stop chodzili narąbani. Więc dziś musimy wracać szybko do domu, bo inaczej nie dojedziemy przez tydzień( śmiech).
M: Macie jakieś plany aby zrobić karierę poza Polską, za granicą? Czy macie takie ambicje? Może w Japonii jeśli macie już tam fana
CF98: To znaczy, jakby się to wydarzyło to było by bardzo fajnie, ale póki co skupiamy się na polskim ogródku. Po to nagraliśmy płytę po polsku, żeby rozpowszechniać ją tu. Jak to się mówi cudze chwalicie, swojego nie znacie. Trzeba pokazać, że coś dzieje się w tym państwie. Wierzymy, że w Polsce na scenie, jest miejsce dla nas, więc nie myślimy takimi kategoriami, że zachód, zachód. Nie planujemy wypływać za granicę, a na pewno nie z płytą po polsku, a następną też pewnie nagramy w naszym języku.
M: Ale płyta po polsku też może być dobrze przyjęta.
CF98: Może być ale to jest bariera językowa mimo wszystko. Tak samo nie słuchasz kapeli czy piosenkarek, które śpiewają po rosyjsku, bo na przykład ja nie słucham. Po angielsku to tak. Bo angielski każdy rozumie, a te nasze słowackie języki są niekiedy ciężkie do zrozumienia. W takiej muzyce bardziej skupiasz się na tym, o czym ta dziewczyna śpiewa. Translator na googlach i tłumaczysz.
M: Dobrze, w takim razie dziękuję Wam bardzo za wywiad i życzę powodzenia dla waszego zespołu.

Wstęga została przecięta!

Muzolibra, wita wszystkich miłośników muzyki. Startuję z blogiem, na którym możecie czytań wywiady z ciekawymi polskimi artystami. Na razie jest to prowizoryczny blog, ale już od października powoli zacznie zamieniać się on w stronkę. Na początku zamieszczone będą wywiady ale z biegiem czasu możecie spodziewać się też recenzji płytowych i wrażeń z muzycznych eventów. Liczę na Wasze zainteresowanie Muzolibrą. Czekam na Was!
Pozdrawiam cieplutko, Musli:)