Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 4 lipca 2011

Overload- chcą podbić świat!





Tym razem rozmowę przeprowadziłam z warszawskim heavy metalowym zespołem Overload. Panowie okazali się rozmownymi i sympatycznymi muzykami, którzy z pasją i radością opowiadali o swojej muzyce i nie tylko. Na pytania odpowiadali-

Gustaw( wokal i gitara)


Alan( gitara)


Ściera( perkusja )


oraz Maniek( bas)


Karolina Woźniak: Powiedźcie może coś o sobie na początek, jesteście nowym zespołem, niech publiczność dowie się trochę więcej o Was.


Gustaw: Jesteśmy polskim młody zespołem, gramy heavy metal szeroko pojęty- od klasycznego heavy po thrash. Robimy to co lubimy, chcemy dojść do czegoś większego.

KW: Teraz powiecie mi po kolei czym jest dla Was Overload i jakie macie plany na przyszłość związane z zespołem. Zaczynamy.

Gustaw: Chcemy podbić świat! Zależy nam na tym aby jak najwięcej osób o nas usłyszało, wiedziało co gramy i kim jesteśmy. Chcemy, żeby ludzie dobrze bawili się przy naszej muzyce, bo kiedy oni dobrze się bawią to my też i bardziej nas to kręci. Planem są jak najlepsze osobiste umiejętności, grać coraz lepiej śpiewać coraz lepiej. Dochodzić do jak najwyższych poziomów, do większych scen, większej publiczności, stawiać sobie większe wymagania.

Ściera: Dla mnie Overload jest odskocznią od życia codziennego. Jest to mój główny zespół i moim celem jest to, aby się wyszaleć oraz dobrze się bawić. Oczywiście sława, wielkie granie, to jest fajne, ale głównym celem jest fajna zabawa i w przyszłości, jeśli coś z tego będzie to łączyć to z zarobkami. Dużo frajdy i dobra muzyka!

Maniek: Nidy się nie zastanawiałem czy jest dla mnie Overload. Na pewno jest to zajebiste uczucie kiedy gram z chłopakami. Naprawdę coś niesamowitego.

Alan: To jest mój pierwszy zespół, z którym występuję live. To są nowe doświadczenie, które mam nadzieję wykorzystać w przyszłości. To jest ta energia kiedy się gra, daje występ, uczucie, które towarzyszy Ci przy nauce gry na instrumencie, ta satysfakcja dla artysty. Pokazujemy na scenie to co kochamy, to co potrafimy robić dobrze. Cieszysz się, że ludzie dobrze się bawią przy tym co kochasz robić. Granie jest dla nas czystą frajdą a nie przymusem i obowiązkiem. To jest to czego szukam w Overload, to, że mogę rozwijać się jako artysta a przy tym świetnie się bawić, niesamowita atmosfera na koncertach, reakcja publiczności. Każdy muzyk gra nie tylko dla siebie ale też dla tych ludzi, którzy przyszli na koncert.

KW: Alan, jak to się stało, że zacząłeś grać z chłopakami, jesteś nowym członkiem zespołu. Podoba Ci się ta współpraca?

Alan: To jest trochę dłuższa znajomość, z Marcinem( Ściera) znam się od dawna. Zawsze chciałem z nim grać w zespole. Stosunkowo niedawno poznałem Gustawa. Przyszedłem do niego po sporej ilości piwa, pokazałem mu swoje umiejętności i stwierdziliśmy, że może coś z tego być. Spotkaliśmy się raz i drugi i wyszło tak, że zostałem w Overload na stałe.

Gustaw: Nasze granie zaczęło się od tego, że razem zaczęliśmy jeździć samochodem na koncerty. Wiadomo, że każdy zespół mocno początkujący, ma taki problem, że musi skołować swój samochód, gdzieś te graty wpakować i się przenosić na koncerty.

KW: Czyli jesteś kierowcą Overload i od czasu do czasu z nimi grasz? (śmiech)

Gustaw: Raczej od czasu do czasu jest naszym kierowcą (śmiech).

KW: Szczerze, czy marzycie o tym żeby grać koncerty przed ogromną publicznością kilka razy dziennie, być rozchwytywaną gwiazdą, pic alkohol litrami ? Jaki macie do tego stosunek?

Gustaw: Generalnie pytanie czy to jest realne? Z kwestii organizacyjnej kilka koncertów dziennie to jest niemożliwe.

KW: A dwa koncerty na dzień, czemu nie?

Gustaw: Rekordem jest chyba, o ile dobrze pamiętam, z polskich wykonawców, Perfect zagrał 350 koncertów w ciągu roku i to jest absolutny rekord w Polsce. To wypada nawet więcej niż 2 koncerty na dzień.

KW: To jednak się da.


Gustaw: Tak, da się. Nawet przykład Golec uOrkiestry, oni grają chyba 260 koncertów rocznie. Teraz pytanie czy chcemy takiej sławy. Ja na pewno tak! Im więcej człowiek gra, tym wychodzi mu to lepiej i chce, żeby ilość publiki pod sceną się zwiększała. Czy alkohol pity litrami? (śmiech). Zacytuję tu pewnego artystę” Małpy nie wymyśliły haszu, alkoholu nie wymyśliły makaki. Wszystko jest dla ludzi, ale nie dla tych głupich i pozbawionych wyobraźni, tylko dla tych odpowiedzialnych”. Wszystko jest dobre z umiarem. Alkohol jest tylko oprawą muzyki i sławy, nie jest na pewno na pierwszym miejscu.

KW: Gustaw, słyszałam i czytałam kilka opinii, że twój wokal nie pasuje niektórym. Czy masz tym osobom cos do przekazania?

Gustaw: Nie powiem nikomu, jeśli się komuś nie podoba, żeby spie*dalał. Podoba się to słuchaj, nie podoba to nie przychodź na nasze koncerty, zasada jest prosta. Koncert jest po to abyśmy my i inni ludzie dobrze się bawili. Jeśli się coś komu nie podoba to zmieniasz sektę i idziesz do innej(śmiech). Powiem tyle- nie chcecie, nie słuchajcie. Dążymy do perfekcji, nie ma takiego punktu, że jest dobrze, bo zawsze może być jeszcze lepiej, liczymy na ciągły rozwój. Tak samo jest z wokalem, jeśli ktoś uważa, że jest kiepski to nie jest zmuszony do słuchania. Spotkałem się z różnymi opiniami, usłyszałem, że jest zły, że jest genialny czy kiepski. Sam staram się śpiewać jak najlepiej i robię wszystko, żeby się rozwijać.

KW: Chwilowo macie same demówki, kiedy będą jakieś poważne plany nagrania płyty? Czy to jest kwestia finansów, pieniędzy?

Gustaw: Tak, dokładnie to jest tak kwestia. Materiał mamy, może być longplay. Mamy wystarczająco dużo kawałków, żeby płyta powstała, sam wpadłem na idee, żeby część utworów zagrać akustycznie i powstanie w ten sposób druga płyta, ale to tylko moje luźne myślenie. Pomysłów jest multum, piosenek jest multum, pieniędzy nie ma w ogóle (śmiech).

KW: To może trzeba poszukać sponsora?

Alan: Jak komuś się spodoba, to nas wesprze, ale oni czegoś od nas oczekują, jest pewna rama, która jest nam nakładana typu” Słuchajcie, wy musicie zrobić tu tak, zagrać inaczej, bo to się lepiej sprzeda” itd. Ostatecznie nie wiem czy to nam się opłaci.

KW: Jednak ta rama, jakieś odgórne przykazy mogą też Wam pomóc. Można też znaleźć ludzi, którym wasze granie może się spodoba i nie będą oczekiwali zmian.

Alan: Oczywiście, ale pytanie ile takich osób jest, które się na to zgodzą i druga sprawa, nie jesteśmy jedyni w tym biznesie, którzy by tak chcieli. Jesteśmy jednymi z wielu. Nie tylko my liczymy na wsparcie, a tak na prawdę sponsorów aż tylu nie ma. Jeśli zrobimy coś na własną rękę, to będzie świadomość, że jest to nasze od a do z i będziemy się z tym lepiej czuli.

KW: Jeszcze na koniec, powiedźcie mi, jak sobie radzicie z tymi tłumami fanek? Macie już dużą ilość damskiej bielizny, która zostaje rzucana na scenę?

Alan: Gustaw ma trochę, ale tu może się Maniek wypowiadać, bo on ma dużo groupies. W końcu jest najprzystojniejszy z nas wszystkich (śmiech).

KW: Maniek, masz już fanki, już się zaczyna?

Maniek: Nie, to nie są fanki, znajomi przychodzą na koncerty, to wszystko. Jakoś nie zauważam tej euforii.

Gustaw: Maniek jest osobą, która stawia najpierw na muzykę, a dopiero potem na kobiety czy używki.

Alan: Poza tym on jest bardzo skromny, wystarczy na niego spojrzeć i widać, że świeci skromnością. Nie chce się przygnać, że jest taki fajny i że ma takie powodzenie. On nie musi nic robić, one same do niego przyjdą.
Gustaw: Jeśli pod sceną stoją faceci, to też fajnie jeśli są i kobiety. Niech publika będzie różnorodna. Fajne jest uczucie, kiedy stoisz na scenie z instrumentem i ta kobieta mdleje z zachwytu. Jednak to wydaje się strasznie płytkie. Jestem w stanie zrozumieć, że jakaś dziewczyna podejdzie po koncercie i powie” Słuchaj, świetnie grasz”, jednak jest to już bardziej kontakt intelektualny, rozmowa o tym co jej się podoba a co nie. Znam kilka dziewczyn, które tak do nas zagadały. To jest super.

Alan: Dlatego my bierzemy to co Gustaw przyciąga i z tego korzystamy(śmiech).

KW: Pozdrówcie zatem waszych fanów i piękne fanki.

Alan: Pozdrawiamy naszych najlepszych fanów.

Ściera: Pozdrawiamy wszystkich fanów w Ameryce i przede wszystkim na Syberii. Zapraszamy na nasze najbliższe koncerty!

KW: Bardzo dziękuję za wywiad!

Overload: DZIĘKUJEMY!

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Michał Jelonek - Wzajemne iskrzenie bez instrukcji obsługi... WYWIAD


Michał Jelonek już 8 kwietnia ponowie odwiedzi warszawski klub Stodoła. Jestem przekonana, że jak zawsze będziemy mogli liczyć na szaloną zabawę przepełnioną rogatym pogo. Nawet z samego wywiadu wynika, że i tym razem Jelonek nie da nam chwili wytchnienia, więc zakładajcie wygodne, ciężkie rogi, to znaczy buty i dajcie się ponieść muzyce.


Karolina Woźniak: Witam serdecznie. Jak nastrój przed piątkowym występem?


Michał Jelonek: Witam :) Zbieram siły i energię na wspólne pogo :) i bardzom skoncentrowan, bo nawiercam nowe dziury w moim hełmie bo rogi mi się obsunęły....

KW: Nie wiem czy dobrze zauważyłam, ale warszawscy fani zawsze dają z siebie wszystko i potrafią się rewelacyjnie bawić.

MJ: Takoż właśnie jest ! Wiem, że zawsze mogę liczyć na "młynka", "ściankę" i "pogo" ! No i oczywiście mroczne chichoty i drapieżne gibanie się pod ścianami i demoniczne kołysanie biodrami i krwawe machanie rączkami i pełne zimnego dystansu rzucanie głową i dystyngowane dzierżenie kufla piwa i rytmiczne mruganie i wampiryczne ocieranie się o wystrój sali :). Rockuje pełny wachlarz chorejografii metalurgicznej !!!!

KW: Byłam na waszym koncercie ostatnim razem, kiedy graliście w Stodole. Młyny, różne zabawy, wężyk, totalne szaleństwo! Czy publiczność zawsze tak dobrze się bawi, czy bywa tak, że czasem ciężko ich zagonić do wspólnych wygłupów?


MJ: Zazwyczaj udaje się złapać obopólny kontakt i wzajemne iskrzenie bez instrukcji obsługi i przepisów wewnętrznych, bez wzajemnego obwiniania się, tłumaczenia o co tak naprawdę chodzi i że "to nie jest tak jak myślisz, kotku....myszko....kwiatuszku?" No w każdym razie udaje nam się razem bawić bez obciążeń cywilizacyjnych i nie jest wcale ciężarem namawiać do wspólnych wygłupów !!!!
Jest taka mądrość ludowa że: "Głupia mina jest dobra na wszystko i krzepi !!!"

KW: Oprócz swoich utworów, gra pan także na koncertach covery różnych wykonawców. Jacy artyści zostali już przerobieni w pańskich aranżacjach i czemu akurat te, a nie inne kawałki są uwzględniane?

MJ: Oczywista, oprócz twista, biorę pod uwagę wszystko, ale że mi nie wychodzi, to zostają najłatwiejsze utwory. A potem się zastanawiam co tu jeszcze w nich zepsuć ?? Miserere mei cover. Jednakowoż przeważają utwory muzyki klasycznej m.in. Chopin, Vivaldi, Paganini, Brahms, Rossini i inni ale to chyba z przekory coby ich z feelharmonii wyciągnąć i p(r)opogować ..... :)

KW: Jakiś fan, który wypowiadał się na portalu internetowym napisał, że muzyka Jelonka to połączenie profesjonalizmu i zabawy. Myślę, że o to chodzi w dobrej muzyce.

MJ: Z tym profesjonalizmem bym nie przesadzał, bo się robi smutno. A zabawa..?? Jakoś się sama rozkręca i tak z brzucha wyskakuje przez gardło i ogólną mimikę....chyba.

KW: Wiem, że artyści nie lubią zdradzać swoich planów na temat nowych krążków, ale może tym razem uda mi się wyciągnąć co nieco a propos nowego projektu?


MJ: Będzie :).... i co zaskakujące, będę grał na skrzypcach !!!! .......za pomocą smyczka.

KW: Czy nowa płyta będzie utrzymana w tych samych klimatach, czy możemy spodziewać się czegoś zupełnie innego?

MJ: TAK ! Po siedmiokroć TAK !!!



Artykul należy do portalu RockMagazyn.pl
http://www.rockmagazyn.pl/wywiad/127,michal-jelonek-wzajemne-iskrzenie-bez-instrukcji-obslugi.htm

piątek, 11 marca 2011

"Jeździec burzy"- recenzja spektaklu teatru Rampa


„Jeźdźcy burzy umarli”(?). Czyżby? Nic bardziej błędnego! Dopóki Jim żyje w naszych sercach i ciągle króluje w naszej pamięci, a muzyka Dorrs’ów wdzięcznie rozbrzmiewa z odtwarzaczy, fani zespołu przytrzymują ich przy życiu. Każdy wielbiciel tej niezwykłej kapeli to jeździec burzy, który reprezentuje wielkość i prestiż Morrisona i spółki. Dowodem na to, że ludzie kochają i nadal pragną „żyć” muzyką kapeli, jest stworzenie spektaklu „Jeździec burzy”.


Sztuka rozpoczyna się mrocznie i zagadkowo, nikt nie wie co zaraz się stanie. Nagle po schodach wchodzi mężczyzna w skórzanych obcisłych spodniach, z artystycznym nieładem na głowie i nagim torsem. Idzie powoli, zmysłowo i nonszalancko, odwrócony do publiczności tyłem obnaża idealnie wyrzeźbione plecy. Dookoła niego świeci rządek lampionów, które ciepłym płomieniem rozświetlają jego twarz. Zaczyna się spektakl o Jim’ie Morrison’ie, który był i jest symbolem sexu ,wielkim skandalistą i niezaprzeczalnym wielkim artystą.
Kiedy uważnie chłonęłam scenę po scenie, na myśl przychodziły mi hasła, może oklepane i wszystkim znane, ale jakże adekwatne do spektaklu. Pierwszym słowem kluczne są na pewno narkotyki. Groźne, inspirujące, śmiercionośne, przynoszące nowe doznania Były na każdym kroku, nie opuszczały Jim’a, zawsze pod ręką, zawsze kiedy tylko ich potrzebował. Z czasem stawały się bardziej ważne i wartościowe od przyjaciół, zespołu i ukochanej Pameli. Ta fascynacja drogo kosztowała artystę a w końcu zażądała od niego najwyższej stawki jaką posiada człowiek- życie.
Sex- dziwki, nieokiełznany i szalony, bez hamulców i zobowiązań. Zwykła rządza ciała, zaspokojenie cielesnych pragnień i ludzkich instynktów. Często w spektaklu budził szok i zaskoczenie, sprawiał, że nie można było obojętnie przejść obok „Jeźdźca burzy”. Jednak takie było życie Morrisona, szalone i na najwyższych obrotach.
Musical ten na początku mnie nie przekonał, rozczarował głos Pana Rychcika. Jednak po paru minutach doszłam do wniosku, że trzeba 100% skupienia aby móc docenić spektakl. Kiedy wczułam się w ten świat, w muzyczne szaleństwo i brud, który otaczał tych ludzi, zakochałam się w sztuce. Gra aktorska imponująca- Marcin Rychcik zagrał idealnie, jego ruchy sceniczne, gra ciałem, wyrazem twarzy( szczególnie przeszywający i obłąkany uśmieszek), wokal, może nie idealny ale pełen uczucia i pasji, wszystko to sprawiało, że chciałam wstać i oklaskiwać go po każdej scenie. Rychcik był nonszalancki, ironiczny, poetycki i tajemniczy. Czasem też mroczny i nawet przerażający. Wydawałoby się, że grał bez szczególnego wysiłku i zaangażowania. Jednak stworzenie dookoła siebie aury obojętności i obłędu, jest szalenie trudne. Równie dobrze zagrała Dominika Łakomska. Odgrywała główną kobiecą rolę, czyli ukochaną Morrisona Pamelę Courson. Pokazała w piękny sposób emocje, radość, smutek, obłęd, żal i gorycz. Zaimponowała mi tym, że potrafiła się oddać swojej roli, wczuła się idealnie w swoją postać.
Musical miał wspaniałą oprawę muzyczną. Teksty piosenek Doors’ów były przetłumaczone na język polski, ale mimo to właściwie komponowały się z melodią i nie psuło to przekazu żadnego utworu. Zabieg ten był bardzo pomysłowy, bo każdy mógł bez wysiłku zrozumieć i docenić przekaz, który płynął z piosenek. Świetna gra muzyków plus wokal Marcina Rychcika, sprawiały że na ciele miałam dreszcze i gęsią skórkę, a moim zdaniem każdy stojący włosek na karku i na rękach, to najlepsze odzwierciedlenie dobrej wielkiej muzyki.
Obejrzenie „Jeźdźca burzy” to obowiązek każdego fana zespołu i ludzi doceniających geniusz muzyki. Od razu ostrzegam, że spektakl nie jest dla ludzi, którzy chcą zobaczyć coś lekkiego i przyjemnego, bo sztuka jest ciężka i mroczna. Przepełniona brudem, który przytłacza i obdziera widza z pozytywnych emocji. Pokazanie życia Morrison’a z tej złej i pesymistycznej strony, gdzie nie ma miejsca na radość, a jak już to tylko na tę złudną i pozbawioną większych wartości. Przygotujcie się więc na kubeł zimnej i brudnej wody wylany prosto na wasze twarze. Gwarantuję, że długo będziecie wysychali z emocji, a nieczystości będą trudne do zmycia.


Artykul należy do studenckiej gazety "Feniks" "Gazeta Studencka Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie FENIKS"

niedziela, 13 lutego 2011

Overload czeka na Waszą aktywność



" Do wszystkich fanów Overload!!
Staramy się o uczestnictwo w OtwoRock 2011 i wasza aktywność na forum imprezy może nam bardzo pomóc!
Organizator bierze w procesie wyboru pod uwagę aktywność fanów danej kapeli
Zatem co robić ??
Wchodzić na
...http://otworock.iq24.pl/default.asp?grupa=146028
rejestrować się , szukać overload , wyświetlać nasz profil jak najczęściej i komentować!!
Wielkie dzięki!!"

niedziela, 6 lutego 2011

Kobieca siła w muzyce



Czas na to, aby twarde kobiety zawładnęły muzycznym światem i pokazały kto tu rządzi!

Kobieta to słaba płeć. Kobieta stoi godzinami w kuchni, aby uszczęśliwić męża. Kobieta opiekuńcza i uległa. Pamiętam, że kiedyś krążyły takie plotki o płci pięknej. Kiedy to było? Nawet nie pamiętam. Teraz panie to ostre i charakterne istoty, nie kruche a wręcz twarde i nie do zdarcia.

W świecie muzyki wypatrzyłam ostatnio dużo takich zadziornych babek. Są przebojowe, energiczne, pełne pasji i seksu. Dają wzór nie tylko swoim fankom, ale też innym kobietom, młodszym czy starszym. Jednak czemu się dziwić? Nie dość, że są piękne i silne, to jeszcze mają wielki talent, którym zachwycają ludzi na całym świecie.

Jeszcze kilka lat temu była moda na grzeczne dziewczynki, kreowane na uczennice. Dajmy na to Britney Spears w latach swojej świetności, czy jej odwieczna rywalka Christina Augliera. Mimo, że kiedyś były uporządkowane i świeciły przykładem, teraz się zmieniły, bo zauważyły, że ostre panie robią konkurencję i aż zmuszają je aby stały się równie przebojowe i, można powiedzieć, wyzwolone.

Czasy się zmieniają i mentalność kobiet też tym zmianom się poddaje. Panie zdają sobie sprawę z tego, że nie tylko faceci potrafią „wydzierać mordę" i szarpać struny czy walić w po bębnach. Piękne artystki, które opiszę, są znane prawie wszystkim i w niczym nie są gorsze od płci przeciwnej.



Brody Dalle

Posiada głos, który sprawia, że ludzie maja ciarki na całym ciele. Wokalistka kapeli The Distillers, to utalentowana ślicznotka(która zabiłaby mnie za to określenie), potrafiąca nie tylko oczarować swoim zachrypniętym i sexownym głosem ale też rewelacyjnie radzi sobie z gitarą. Jest wielkim atutem bandu i jego ozdobą. Który pan nie uległby jej czarowi. Jej styl ubioru jest typowo punkowy- obcisłe spodnie, które uwydatniają krągłości Brody, kuse podarte bluzeczki, różnokolorowe włosy, często postawione na irokeza czy rozgwiazdę, ciężkie buty i wyrazisty makijaż z podbitymi oczami. Jak się okazuje, po moim przykładzie, nie działa tylko na mężczyzn ale i na kobiety. Jakiś czas temu Dalle zrezygnowała z gry w The Distillers, by razem z gitarzystą tego zespołu, Tony’m Bevilacqua , stworzyć odrębny projekt, nieco elektroniczny, Spinnerette. Pokazała tu lżejsze i grzeczne oblicze, które aż karze nam tęsknic za starą, buńczuczną Broddy. Cóż, nie ma się jednak co dziwić, nawet najbardziej zbuntowane dziewczyny, muszą kiedyś się ustatkować i wyciszyć. Dalle jest obecnie matką córeczki i żoną znanego Josha’a Homme’a, wokalisty Queens Of The Stone Age.

Angela Gossow



To się nazywa ostra kobieta! Frontmanka szwedzkiego projektu, Arch Enemy, daje czadu na scenie. Kiedy byłam na koncercie zespołu w Stodole czułam żywy ogień! Angela growluje rewelacyjnie, czasem aż nie pasuje to do drobnej i urodziwej kobietki. Niska, szczuplutka blondynka pokazuje na scenie pazura. To prawdziwy skarb w muzyce metalowej, który jest żywym dowodem na to, że kobieta potrafi i to jeszcze jak! Kiedyś nie byłam przekonana do muzyki Arch Enemy, nie mój klimat, nie to co lubię. Jednak kiedy usłyszałam ich na żywo, a pani Gossow rzuciła na mnie urok, jestem ich niewolnicą. A raczej niewolnicą Angeli. Jest mocnym punktem kapeli, to ona trzyma panów za gardła i jest prawdziwą femme fatale.

Sandra Nasic


Od niej zaczęła się moja fascynacja damskimi wokalami. Obdarzona wielkim darem i urodą, pół Niemka pół Chorwatka, uświadomił mi, że będąc kobieta nie trzeba być posłuszną i ugrzecznioną istotą, tylko iść po trupach jak na czymś mi zależy. Sandra potrafi zaśpiewać delikatnie i sexownie, umie stworzyć nastrój, który często aż wzrusza, jednak kiedy chce może powalić zadziornym głosem, który daje zastrzyk energii. Z niecierpliwością czekam na następną płytę Guano Apes, która mam nadzieję, ukaże się niebawem, bo jak wiadomo zespół miał zakończyć działalność, jednak w 2009r. reaktywowali się i zagrali min. na Woodstocku. Pani Sandro, chcę Pani jak najwięcej.



Karen O

Nie wiem jak Wy, ale moim zdaniem ona jest z innej planety i jakimś cudem znalazła się na banalnej Ziemi. Jest anormalnym zjawiskiem na scenie muzycznej, jej image, głos, ruchy sceniczne, wszystko to tworzy kosmiczną otoczkę dookoła Karen. Nic dziwnego, w końcu w jej żyłach płynie polsko- koreańska krew. Liderka Yeah Yeah Yeahs, jest urodzona showmanką i gdyby nie została artystką, to byłaby to ogromna strata. Nieraz zdobywała tytuły Bogini Seksu czy kobiety roku. Dzięki jej charyzmie zespół stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych kapel świata. Karen to artystka pod każdym względem. Wkłada całe serce w muzykę i to co robi, swoim wizerunkiem inspiruje miliony dziewczyn na całym świecie, jest wzorem dla młodych kobiet. Niejedna początkująca wokalistka, chce śpiewać i wyglądać tak jak ona.



Beth Ditto


Śliczna, pulchna i szalona! Dawno nie spotkałam tak charakterystycznej kobiety w świecie muzyki. Wszyscy uważają otyłość za wadę i coś nieestetycznego. Ona potrafi jednak zrobić z tego swój największy atut. Niweluje kompleksy swoje i milionów kobiet na całym świecie. Pokazuje, że puszystość też może być atrakcyjna. Więcej ciałka do kochania, a jakże! Beth jest doceniana przez fanów i krytyków muzycznych, jest wielkim odkryciem muzycznym, jej głos jest cudownie kojący i hipnotyzujący. Ditto niczym rajski ptak, jest barwna i niebanalna. Nic dziwnego, deklaruje, że jest feministka i lesbijką. Jej image zmienia się z dnia na dzień, nie można za nim nadążyć. Raz jest długowłosą brunetką, a potem blondynką z krótką fryzurą. Uwielbia paradować w obcisłych ciuszkach i bieliźnie po ulicach i na scenie. Co z tego, że tu i ówdzie wylewa się trochę tłuszczyku. Jak komuś nie pasuje zostanie obrzucony obelgami albo uraczony środkowym palcem. Uff, to się nazywa charakterek.

Lady Gaga

Oczywiście, że nie mogło jej tu zabraknąć. Wszyscy wiemy, że szokuje, szokuje i jeszcze raz szokuje. Jednak nie mogę jej pominąć. Jest kameleonem i kobieta zagadką. Ciągle ma nowe pomysły na siebie na swoją muzykę, nie mówiąc już o teledyskach. Któż nie zna takich hitów jak Alejandro, Bad Romance czy Just Dance. Jej suknia z mięsa, zamiłowanie do szpilek i kreacji świetnego Alexandra Mcqueen’a, wymyślne stroiki na głowie, fryzury, makijaże… ile tego jest! Gaga do tej pory jest dla mnie wielką zagadką i prawdziwie artystyczną duszą, która z pasją i wielkim zaangażowaniem tworzy teksty i muzykę. Jej teledyski to prawdziwe arcydzieła, a koncerty są niezapomniane. W końcu jest wielką perfekcjonistką, która dba o każdy szczegół. Lady Gage naśladuje wiele artystek, jednak każdej zostaje to z jakimś czasem wypominanie. Bo Gaga jest tylko jedna i mimo wszystko, to ona króluje w muzycznym świecie.


Material należy do portalu StacjaKultura.pl

http://stacjakultura.pl/7,43,17835,Kobieca_sila_w_muzyce,artykul.html

środa, 26 stycznia 2011

Męskie Granie- recenzja płyty




Podróże małe i duże po polskiej ziemi, w doborowym i wyśmienitym męskim towarzystwie, z muzyczną energią- tak można w skrócie opisać Męskie Granie. Testosteron, który wypełnia całą płytę, satysfakcjonuje i to jak!

Kiedy na jednej scenie spotkają się wybitni muzycy, którzy są cenieni przez szerokie grono słuchaczy, a ich dorobek muzyczny jest więcej niż imponujący, to nie ma mowy o tym, aby projekt nie stał się wielkim wydarzeniem i ucztą dla naszych uszu. Męskie Granie to zbiór dwóch krążków, na których goszczą tacy muzycy jak: Smolik, Abradab, Maleńczuk, Pogodno, Fisz Emade, formacja Kim Nowak, Dj Eprom, Waglewski, Oxy.Gen, Voo Voo, Jacaszek.
Mamy do czynienia z utworami, które zostały nagrane podczas całego cyklu imprezy. Płyta jest równa i nafaszerowana samymi perłami. Jest to krążek, dla wszystkich miłośników dobrej muzyki oraz pasjonatów polskich talentów. Ja rodzimą scenę muzyczną doceniam, dla tego też, z radością słuchałam kunsztu tych wspaniałych artystów. Projekt przynosi dumę, z tego powodu, że jest się świadomym, iż jest to nasze narodowe dobro. Nie chcę narzucać jakiś patriotycznych idei, jednak warto docenić moc i piękno, które drzemie w polskiej muzyce alternatywnej.
Jedyne co mnie rozczarowało, to dodatek, czyli płyta dvd. Jest to 40- minutowa relacja z koncertów, mini wywiady z twórcami Męskiego Grania i z zaangażowanymi muzykami, oraz opinie uczestników czy ujawnienie kulisów projektu. Jednak czy nie jest to za krótkie? Myślę, że można było dvd wzbogacić dłuższymi wywiadami, obszernymi nagraniami z koncertu i jeszcze szerszą opinią ludzi z zewnątrz. Może marudzę, ale właśnie tego mi zabrakło.
Męskie Granie dotychczas odwiedziło takie miasta jak np. Warszawa, Gdańsk czy Wrocław. Każdy koncert cieszył się ogromnym zainteresowaniem, a bilety sprzedawały się szybko, jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Projekt był skazany na sukces, bo kiedy robi się „zbieraninę” najlepszych, to musi to zaowocować czymś dobrym. Wielkim dokonaniem jest zdobycie Platynowej Płyty. Ludzie pokochali ten projekt i udowodnili, że ciągle potrzebują dobrej polskiej muzyki, a artyści świetnie wywiązują się z obowiązków ciesząc nas dojrzałą składanką.
Z niecierpliwością czekam na Męskie Granie 2011 i mam nadzieję, że dorówna temu z 2010 r. albo będzie jeszcze lepsze. Jeśli kochasz rodzimą muzykę, to zapraszam do odsłuchania !


Lista utworów: Męskie Granie
CD1:

SMOLIK „Attitude 1”
SMOLIK „50 trees”
ABRADAB „Liwing la wida zajebiste”
ABRADAB „Nieśmiertelność (muzyka daje)”
ABRADAB „Poprawny wokal”
MALEŃCZUK & WAGLEWSKI „Komu dzwonią”
MALEŃCZUK & WAGLEWSKI „Koledzy”
MALEŃCZUK & WAGLEWSKI„Praca na saksach”
MITCH & MITCH “Two Fingers Up And Walk”
POGODNO “Ale”
POGODNO “Magnes”
FISZ EMADE “Serce”
FISZ EMADE “Huragan” (Intro)
KIM NOWAK “Sierpień”
KIM NOWAK “Pistolet”

CD2:

DJ EPROM "Dreams of a miners happiness"
WAGLEWSKI FISZ EMADE „Dziób pingwina”
WAGLEWSKI FISZ EMADE “Dwa po dwa”
OXY.GEN "Banshee (Jesteś, żebym był…)”
OXY.GEN “Czemu gdy”
ABRADAB “Rapowe ziarno 2 (szyderap)”
ABRADAB „Rap to nie zabawa już”
VOO VOO „Wannolot”
VOO VOO “Nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic nie było”
VOO VOO “Bo Bóg dokopie”
1VOO VOO “Puszcza”
VOO VOO “Wszyscy muzycy to wojownicy”
JACASZEK "Dance"
JACASZEK "Luna"


Recenzja należy do portalu MusicSerwis.com.pl
http://www.musicserwis.com.pl/index.php/recenzje-rock/1654-mskie-granie

piątek, 21 stycznia 2011

Queens Of The Stone Age - Songs For The Deaf recenzja płyty




Jeśli macie ochotę na dawkę porządnego rockowego grania, a znudziły się Wam kawałki, którymi zasypują Was stacje radiowe, sięgnijcie po płytę QOTSA. Poczujcie powiew prawdziwej muzyki.


Queens Of The Stone Age, to tzespół, który intrygował mnie przez długi czas. Jeszcze kilka lat temu mój kolega ciągle prześladował mnie, opowiadając o ich płytach, o dokonaniach Queens’ów i o tym jaka to wspaniała muzyka i ilu tam światowej rangi muzyków. Lekceważyłam to, posłuchałam trochę na ”odczep” i tyle. Niby muzyka była energetyczna i miała potencjał, ale od zawsze denerwowało mnie to, że ludzie robią dookoła czegoś szum, a wtedy każdy oszalał na punkcie tej kapeli. Ponad rok temu zobaczyłam w MTV, teledysk do ich piosenki "Sick Sick Sick". Przyznam, zrobił na mnie wrażenie, klip był mocny i a muzyka rewelacyjna. Często powracałam do tej piosenki , bo nie da się ukryć, jest świetna. Wiedziałam tylko tyle, że jest to już zupełnie inny skład, że nie ma już Dave’a Grohl’a i Nick’a Oliveri’ego. Poza tym byłam zielona i nie miałam pojęcia o ich muzyce i dokonaniach panów.

Ostatnio całkowicie przypadkiem, na biurku brata znalazłam ich krążek "Songs For The Deaf". Pomyślałam sobie, że co mi szkoda przesłuchać, może jednak ludzie i mój kolega mieli rację, że muzyka QOTSA jest świetna i warto się z nią zapoznać. Na pudełku wielkimi literami zostało wypisane, że płyta zawiera dwa hity "No One Knows" i "Go With The Flow". Oczywiście te kawałki poszły na pierwszy ogień.

"No One Knows", to piosenka, która urzekła mnie wspaniałym brzmieniem gitary i wokalem Josha. Kawałek jest utrzymany w rockowym, brudnym klimacie. Sekcja rytmiczna wykazała się równie wielkim doświadczeniem. Gitara basowa jak przystało na Oliveri’ego, czasem aż przebija się ponad inne instrumenty, już nie mówiąc o grze Grohla - każdy wie, że to mega talent.

"Go With The Flow", to klasyczny hit - świetny tekst, popisowa gra instrumentów, swobodny wokal, który bez ozdobników radzi sobie doskonale i pokazuje klasę oraz dobry teledysk.

“I want something good to die for
To make it beautiful to live
I want a new mistake, lose is more than hesitate.
Do you believe it in your head? “

Moim zdaniem ten kawałek jest najmocniejszym punktem płyty, nie dla tego, że jest tak przebojowy, ale pokazana jest tu cała energia kapeli i ich kunszt muzyczny a do tego świetna gra na klawiszach. Piosenka "Go With The Flow", stała się moim nałogiem który towarzyszy mi każdego dnia, od kiedy ją usłyszałam.

Cała płyta utrzymana jest w stoner rockowym klimacie, zmieszanym z hard rockiem. Jednak w niektórych piosenkach słychać, że maczał w nich place Grohl. Czemu? Dajmy na to "Gonna Leave You", ma w sobie dużo ze stylu Foo Fighters. Refren typowy dla tej kapeli, wokal mimo, że Josh’owy to i tak mamy wrażenie, że gdzieś go słyszeliśmy, gitarowe zagrywki i senny klimat w zwrotkach. No i piosenka "The Sky Is Falling", to już maximum Foo Fighters. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale takie mam wrażenie i dam sobie palca uciąć( ręki nie, bo co jeśli się mylę?), że dużo tu wpływów Dave’a.

Mamy tu też trochę bluesowych klimatów Od razu można to usłyszeć w utworze "A Song For The Dead". Gitarowe przejścia i świetne solówki, które udzielają się najbardziej, plus tamburyno oraz zachrypnięty wokal.

Płyta jest bardzo dobrym projektem, na wysokim poziomie, który spodoba się nie tylko fanom ostrych i brudnych brzmień. Nawet fan czegoś lżejszego czy odmiennego, może wyjść poza ramy swoich ulubionych gatunków muzycznych i sięgnąć po "Songs For The Deaf". Ja to uczyniłam i się nie rozczarowałam, a wręcz bardzo miło zaskoczyłam, że coś co kiedyś odrzucałam, powaliło mnie na kolana i niemalże uzależniło od siebie.

QOTSA to projekt dojrzały z pomysłem na siebie. Nic dziwnego, że odnieśli taki sukces - w końcu to zbiegowisko doskonałych i profesjonalnych muzyków. Na tym krążku udziela się Dave Grohl, doskonale znany z Nirvany czy Foo Fighters, Josh Homme z Kyuss oraz Oliveri, przemycony również z tej kapeli, a także Mark Lanegan, który wspomaga krążek wokalnie. Sukces zespołu był pewien, przecież nie dla porażki zebrano tylu wyśmienitych artystów.

Trochę żałuję, że dopiero teraz zaraziłam się queensami ale lepiej późno niź wcale. Dzielnie nadrabiam zaległości i powoli zabieram się za przesłuchiwanie następnych utworów z innych płyt. Jeśli nie wierzycie mi na słowo, że płyta godna jest uwagi, przesłuchajcie chociaż jeden kawałek zespołu aby poczuć tą moc i power kapeli.

Moja ocena: 8,5/10

Tracklista:

01. You Think I Ain′t Worth A Dollar, But I Feel Like A Millionaire
02. No One Knows
03. First It Giveth
04. A Song For The Dead
05. The Sky Is Fallin′
06. Six Shooter
07. Hangin′ Tree
08. Go With The Flow
09. Gonna Leave You
10. Do It Again
11. God Is In The Radio
12. Another Love Song
13. A Song For The Deaf
14. Mosquito Song
15. The Real Song For The Deaf


Recenzja należy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,38,17856,Queens_Of_The_Stone_Age_Songs_For_The_Deaf_recenzja_plyty,artykul.html

sobota, 1 stycznia 2011

Administratorr „Piosenki w kaftanie"


"Jam jest administrator, pan powierzchni wspólnych, władam tym co między podłogą a sufitem. Więc szanuj mnie, bo tylko ja drzwi ci otworzę, gdy na czworakach do domu swego wrócisz". Intro.

Administratorr to całkiem nowy projekt powstały w 2009 r. z inicjatywy Bartosza Marmola, który wcześniej grał w zespole Bajdegapke. Jego zamiarem, jak mniemam, było połączenia punkowych i buńczucznych tekstów z rockandrollowym i jazzowym brzmieniem. Wyszło garażowo i alternatywnie. W 2010 roku wytwórnia Jimmy Jazz Records wydała ich debiutancki krążek "Piosenki w kaftanie", a sam zespół wyruszył w trasę koncertową, by promować swój świeży materiał.

Owa płyta, pokazał mi , że pierwsze wrażenie może być bardzo mylne i krzywdzące. Zanim bowiem po nią sięgnęłam, weszłam na ich profil na Myspace i odsłuchałam piosenkę pod tytułem "Berliner". Pomyślałam: "Oho, następna Pidżama Porno zmieszana z Zabili Mi Żółwia, z Dezerterem no i wpływami ska". Tekst typowo buntowniczy, plus fascynacja niemieckim punkiem, z historycznym przekazem. Typowo punkowy schemat". Odniosłam wrażenie, że to już było, że jest to oklepane i kilka razy przeżute i wyplute do tej piosenki.

Aż w końcu zapoznałam się z całą płytą "Piosenki w kaftanie", choć i na tym etapie miałam obawy związane z kreatywnością kapeli. Bałam się, że wszystkie kawałki będą grane na przysłowiowe jedno kopyto, a pidżamowy styl ciągle będzie mnie prześladował. A jednak się pomyliłam. I to bardzo! Przy pierwszym przesłuchaniu płyty zwróciłam uwagę na energię kawałków. Czuć tu szaleństwo, ale rozsądne i umiejętnie oswojone. Słychać , że muzyka dla Panów nie jest pierwszyzną i wiedzą jak ją
tworzyć. W końcu, jak się okazuje, jest to skład doświadczonych i naprawdę dobrych muzyków. Jednak to tylko cząstka sukcesu płyty.

Mocną stroną "Piosenek w kaftanie" są teksty. Świetne, sprawnie napisane, zachęcają nas do własnych interpretacji. Ich autor, Bartosz Marmol, ma szczególną umiejętność pisania o rzeczach zwykłych, znanych nam już od dawna, w niebanalny sposób. Bawi się słowem i konwencją. Daje to ciekawy efekt, nie jest to miałkie i monotonne. Jedynie tekst do utworu "Szukaj mnie" należy do Edyty Geppert. Słyszeliśmy już setki piosenek o buncie, o znienawidzonym systemie i tak samo nielubianej polityce. To wszystko było, ale u Administratorra ma to świeżą formę. Tak więc chylę czoła przed Bartoszem Marmolem za pomysłowość i błyskotliwość.

Administratorr może pochwalić się również chwytliwymi i melodyjnymi brzmieniami. Jest na płycie kilka utworów, które moim zdaniem tworzą trzon i mocny punkt krążka. Piosenka "U Kopra Na Zabawie" to opowieść o typowej imprezie, a raczej o jej następstwach. Niby proste, ale jednak zaskakuje. Czym? Tym, że śpiewając o porannej pobudce i kacu gigancie, można znaleźć miejsce na sensowne i przenikliwe przemyślenia. Rozmyślania z punktu widzenia zapitego człowieka? Czemu nie? To też może mieć ręce i nogi. Plus proste, ale wdzięczne i sprawne brzmienie gitary elektrycznej i basowej. Świetne zgranie.

Inaczej jest z kawałkiem "Bezpłodny Bóg". Na początku powolne tempo instrumentów daje miejsce wokalowi, aby potem razem z nim się rozkręcić. Klimat piosenki i styl gry Administratorra w tej piosence ma nieco kultowskie zabarwienie.
W "Referacie Wilka" naprawdę ciekawie robi się od 1.20 minuty. Wyzwolona jest w tym fragmencie energia, która została zebrana z innych piosenek, tworząc apogeum rewelacyjnych brzmień. Najbardziej intrygujący kawałek całej płyty, bo mimo spokojnego początku, finisz jest godzien podziwu.

"Polityczna Zagłada" jest utworem promującym płytę. Pierwsza rzeczą, która zwróciła moją uwagę , jest idealne zgranie się gitary z perkusją. Żaden z tych instrumentów nie dominuje i nie zagłusza tego drugiego, co daje harmonię całości. Piosenka mimo przejmującego tekstu, jest jedną ze spokojniejszych na krążku.
"Szukaj Mnie" z repertuaru Edyty Gepert jest utworem zamykającym "Piosenki W Kaftanie". Od szalonego startu, do wyciszającej mety. Utwór jest ciekawie zaaranżowany w bluesowych klimatach.

Zespół ma w sobie potencjał i czuję, że jeśli się postarają, mają szansę wypłynąć na głębokie wody. Chciałabym usłyszeć kiedyś kilka kawałków Administratorra w radiu, albo w telewizji, mieć świadomość, że im się udało. Owszem, wydanie płyty, dobrej płyty, już jest sukcesem, ale trzeba wypchnąć z undergroundu coś wartościowego, zrobić miejsce na naszej rodzimej scenie muzycznej fajnym projektom.

Moja ocena to 3/5. Zastanawiałam się czy nie dodać jeszcze pół punktu, ale nie chcę, żeby Panowie obrośli w piórka, bo liczę, że następny krążek będzie jeszcze lepszy.


Recenzja należy do portalu RockMagazyn.pl
http://www.rockmagazyn.pl/recenzja/384,administratorr-piosenki-w-kaftanie.htm

środa, 29 grudnia 2010

Billy Talent: Billy Talent III- recenzja płyty



Wspaniała czwórka po raz kolejny pokazuje klasę i prestiż. Przed Wami Billy Talent!
To już trzecia płyta kanadyjskiej kapeli Billy Talent. Warto zaznaczyć, że trzecia pod nazwą Billy Talent, czwarta studyjna. Pierwszy krążek nagrali jako Pezz. Przyznam, że to najbardziej dojrzały album. Poprzednie krążki miały w sobie młodzieńczą zadziorność, dawały solidny zastrzyk energii, a kto chociaż trochę nie pokręcił głową w rytm ich muzyki, od razu uważany był za sztywniaka. Billy Talent III też ma w sobie energię, ale nie tę samą, nie jest ona już tak spontaniczna i chaotyczna. Została jakby ugłaskana. Panowie też sprawiają wrażenie poskromionych, całokształt wydaje się bardziej przemyślany.

Trudno jest mi ocenić, czy to dobrze. Z jednej strony tak, bo niestety chłopaki mają już swoje lata, nie są nastolatkami, którzy lansują się w podciągniętych skarpetkach do kolan, w brudnych i przetartych trampkach czy z deską pod stopami. Nagrali coś, co jest adekwatne do ich wieku, ich dojrzałości emocjonalnej i estetycznej. Oczywiście, nie stali się sztywniakami, którzy chodzą w garniturach oraz pantoflach. Nadal dają czadu na scenie, która kipi od pozytywnej energii. Jednak popatrzmy na to też z drugiej strony. Osobiście tęsknię za dawnymi, spontanicznymi utworami bandu. Możecie mi zarzucić, że jak to, przecież nadal łoją nieźle tyłki, jednak nie. Coś z nich uleciało. Coś, co nadawało im całej magii.

Nie ma co jednak narzekać, bo Billy Talent III to mimo wszystko kawał dobrej roboty, na najwyższym poziomie. Każdy fan doceni nowe dzieło bandu, a także ci, którzy o zespole nigdy nie słyszeli, mogą w płycie się rozkochać.

Chciałabym wyróżnić kilka piosenek, które szczególnie podbiły moje serce.

Rustet From The Rain - czuć tu pasję i pozytywne wibracje. Wielki plus za wspaniałe gitarowe riffy oraz solówki, sprawne przejścia. Piosenka jest na najwyższym poziomie i pokazuje, że panowie mają doświadczenie. Wiedzą co i jak grać, aby całość wyszła rewelacyjnie. Chcę też pochwalić wokal Benjamina Kowalewicza, który idealnie dopasowuje się do instrumentów. Brzmi fenomenalnie. I oczywiście piękny klip.

Diamond On A Landmine - piękna i poetycka piosenka o miłości, samotności czy potrzebie bliskości drugiego człowieka. O tym, jak ciężko jest utrzymać przy sobie ukochaną osobę i jak bardzo trzeba się starać o jej miłość. Mój ulubiony utwór z całego krążka, który pieści zmysły.

Turn Your Back - utwór nagrany z zespołem Anti-Flag. Tekst piosenki mówi o problemach na świecie, o sytuacji w polityce i sprzeciwia się panującym zasadom przyjętych przez ludzi. Piosenka premierę miała wcześniej niż krążek, ale i tak została na nim umieszczona.

Saint Veronica
- bardzo ją lubię za to, że czuć tu starą, dobrą energię Billy Talent i za świetnie nakręcony teledysk, który - nie da się ukryć - jest bardzo dziwaczny. Jak to się mówi po angielsku, creepy.

Nie skazuje w ten sposób reszty kawałków na odrzucenie, absolutnie. One też są rewelacyjne, jednak ta wspaniała czwórka tworzy trzon krążka. Nie wyobrażam go sobie bez tych piosenek. Rewelacyjne jest to, że chłopaki w tak piękny, rewelacyjny i płynny sposób grają na instrumentach. Natomiast oryginalny wokal Bena działa hipnotyzująco, wręcz jak narkotyk.

Na koniec chcę Was przekonać do dwóch rzeczy. Jeśli nie przesłuchaliście tej płyty, to zróbcie to obowiązkowo! Opłaca się. Druga kwestia dotyczy koncertu. Jeśli ktoś z Was nie był na żadnym ich występie, to kiedy tylko przyjadą do Polski - idźcie koniecznie. Billy Talent na żywo to bezcenne doświadczenie.

Tracklista:

1. Devil on My Shoulder
2. Rusted From The Rain
3. Saint Veronika
4. Tears Into Wine
5. White Sparrows
6. Pocketful of Dreams
7. The Dead Can′t Testify
8. Diamond on a Landmine
9. Turn Your Back
10. Sudden Movements
11. Definition of Destiny
12. Bloody Nails and Broken Hearts


Recenzja należy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,38,17153,Billy_Talent_Billy_Talent_III_recenzja_plyty,artykul.html



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Magiczność w teledyskach!





Lista najbardziej magicznych i bajkowych teledysków wedle mojego uznania...

Baśnie, bajki, magia, mistyczne i tajemnicze elementy - to wszystko powoli wkrada się do teledysków. Artyści coraz bardziej stawiają na piękne klipy, które są dopełnieniem ich wizji oraz klimatu piosenki. Nie są one już banalne. Czasem oddają wrażenie, że nawet kiedy wytniemy z nich muzykę, to będą pełnić rolę krótkich, poetyckich wręcz filmów.

Trzeba przyznać, że jest to zadawalające, gdyż nawet taki kilkuminutowy obraz może zainspirować, zachwycić, a nawet zahipnotyzować. Pierwsze muzyczne teledyski były skupione na artyście. Niskobudżetowe przedstawiały roztańczonych i rozśpiewanych piosenkarzy, którzy szaleli na tle studia albo jakiegoś krajobrazu. Tak samo rzecz miała się z kapelami, które wdzięcznie grały na instrumentach przed kamerą. Całe szczęście, z roku na rok, klipy to coraz bardziej ambitne i drogie przedsięwzięcia, od których nie sposób oderwać oczu. Nie mówię tu o teledyskach Lady Gagi czy innych "topowych" artystów, które są dobre, ale nie mają w sobie tego mistycyzmu.

Chciałabym Wam przedstawić poniżej kilka klipów, które nie tylko opiewają w tę magiczność, ale także zawierają od groma baśniowych scen. Z powodzeniem mogą wprowadzić nas w inną rzewczywistość.

1. Pierwszy teledysk należy do wiekowej wyjadaczki i królowej pop-u, Madonny. Jest stary, ale jako pierwszy zwrócił moją uwagę. To był ten przełom, kiedy widząc go w telewizji, byłam zachwycona i żałowałam, że już się skończył. Mroczny, gotycki, orientalny. Taki właśnie jest klip do "Frozen". Czarny woal, który zamienia się nagle w kruki, głębokie oraz przenikliwe spojrzenie Madonny, jej gotycka suknia, orient zarówno w muzyce, jak i dłoniach piosenkarki. To wszystko tworzy jeden z mroczniejszych klipów ostatnich lat.



2. Teraz coś znacznie nowszego. W 1999 roku powstał elektro-duet The Knife. Obecnie piękniejsza część tego szwedzkiego projektu, Karin Dreijer Andersson, postanowiła zając się solową karierą. Ukryła się pod pseudonimem Fever Ray Tak naprawdę zaczarowała mnie dopiero niedawno. Szczerze przyznaję, że od kilku dni pozwalam się porwać Pani Karin w podróż do jej niezwykłego świata, który jest dla mnie wciąż zagadką. Wrócę do teledysku Madonny, który jest wyżej opisany. Czuć, że niektóre elementy przechwyciła od niej. Malunki na ciele, rozwiane włosy, wielkie kołnierze i kaptury z materiału, eteryczność. Karin jest nietuzinkową artystką, która z wielką pasją dba o każdy szczegół, jej klipy są ucztą dla oka. Przede wszystkim są niesamowicie oryginalne. Fever Ray albo się kocha, albo nienawidzi. Ja pokochałam ją szczerze i marzę tylko o tym, aby przynajmniej raz zabrała mnie ze sobą do tej krainy swoich marzeń...


3. Karin zaśpiewała i wystąpiła gościnnie w klipie norweskiego duetu Röyksopp. Teledysk do piosenki "What Else Is There" to majstersztyk. Ktoś w komentarzach pod klipem napisał, że sporo w nim z Silent Hill. Inna osoba oburzyła się, nadmieniając, że najpierw powinno się dorosnąć, aby móc obejrzeć ten teledysk. Przyznaję, sporo tu horrorowych i niepokojących motywów.




4. Mum, Mum, Mum… Mum to islandzki zespół, który zajmuje się eksperymentalną muzyką z wpływami ambientu. Ich brzmienia same w sobie tworzą filmy i obrazy w naszej głowie. Niektóre ich klipy są rysunkowe, inne zaś przedstawiają tak dziwne czy abstrakcyjne rzeczy, że przecieramy oczy. Zastanawiamy się, czy rzeczywiście to przed chwilą widzieliśmy. Warto dodać, że senny wokal może wprawić nas w niecodzienny, bardzo reflekcyjny stan.




5. Sigur Ros, zresztą jak Mum, pochodzą z Islandii. Słychac to w ich muzyce, podobne instrumenty, klimatyczny wokal i zamiłowanie do pięknych teledysków. Jednak ich teledyski różnią się od klipów poprzedników. Jak kiedyś sama napisałam, "z nimi wracam do świata marzeń... oni są czarodziejami a ich muzyka to czysta magia". Teledyski formacji z Islandii to mini-arcydzieła, które poruszają i sprawiają niebywałą przyjemność w oglądaniu. W ich klipach wszystko jest powolne, nic nie dzieje się w nich zbyt szybko. Nostalgiczne oraz magiczne sceny łączą się z islandzkimi, zapierającymi dech w piersiach krajobrazami. Widać tu tęsknotę za innym, lepszym światem, który niewiele ma wspólnego z tym, który nas otacza. Sigur Ros przedstawia nam idylliczną wizję bez agresji, złych emocji. Niejednokrotnie przy oglądaniu ich klipów, łezka zakręciła mi się w oku. W gruncie rzeczy, wszyscy czujemy potrzebę zanurzenia się w tak pięknym świecie. Dodam również, że wokalista, Jonsi, posiada tak nieziemski głos, że w każdym pozostawić może skrajne emocje czy opinie.





6. Następni w moim subiektywnym rankingu są Panowie z Foals. Chce wyróżnić jedynie jeden klip „Spanish Sahara”. Ta piosenka to prawdziwy wulkan emocji. Oprawiona została w przepiękny teledysk i… cóż, szkoda więcej zdradzić. Sami to zobaczcie!






Pełno tu zagranicznych formacji, a gdzie miejsce dla polskich wykonawców? Z radością oznajmiam Wam, że ostatnio znalazłam dwa bajkowe klipy!

7.
Pierwszy należy do zespołu Twilite. Swoje początki mieli w Dublinie, gdzie spotkali się i wspólnie nagrywali. Teraz znowu powrócili na łono Polski. Całe szczęście, bo taki talent nie może iść na tzw. eksport. Członków w zespole jest dwóch, mają dwie gitary oraz mikrofony. Czynią cuda. Poniższy teledysk zaś to manifest o wolność, niezależność, czy też młodzieńczą beztroskość.




8. Numer osiem to, jak zaznaczyłam wcześniej, następna polska formacja. Kapela Stop Mi może pochwalić się iście bajecznym klipem. Widać, że naczytali się dużo Małego Księcia, gdyż chłopczyk, który jest główną postacią teledysku, wiele ma z nim wspólnego. Mi jest niziutki i chudziutki, interesuje się całym światem. Silnie wierzy w dobro człowieka.



Artyk nalezy do portalu StacjaKultura.pl
http://stacjakultura.pl/7,43,17498,Magicznosc_w_teledyskach,artykul.html